Słyszeliście kiedyś o jeziorze Kelitsadi? Oczami wyobraźni widzę jak przecząco kręcicie głowami. A o Kazbeku słyszeliście? Ba! Któż by o nim nie słyszał, prawda? A wiecie, że jezioro Kelitsadi i wierzchołek Kazbeku dzieli w linii prostej raptem 21 km? Yhy, my do niedawna też nie mieliśmy o tym pojęcia. Na szczęście uzupełniliśmy braki w naszej wiedzy i tym wpisem chcemy podzielić się z Wami jak piękne, mało popularne oraz niedostępne jest jezioro Kelitsadi.

Jezioro Kelitsadi położone jest na wysokości prawie 3100 m npm w cieniu wulkanicznych stożków w historycznym regionie Khevi niedaleko doliny Truso oraz separatystycznej Republiki Osetii Południowej. Ten ostatni fakt zasługuje na szczególną uwagę, ponieważ granica przebiega dosyć umownie i trzeba bardzo uważać, aby nie zabłądzić i jej nie przekroczyć. A o to nie trudno, bo nad jezioro nie prowadzą żadne znakowane szlaki i trzeba polegać na mapie oraz własnej orientacji. Przekroczenie granicy może skutkować aresztowaniem przez osetyjskich żołnierzy i spędzeniem kilku dni w więzieniu w Cchinwali, nieformalnej stolicy Alanii, jak od 2017 r. Osetyjczycy nazywają swój region. W zeszłym roku (2018 r.) przekonało się o tym dwóch Polaków oraz grupa Gruzinów. Z pewnością nie było to przyjemne doświadczenie, a więc uważajcie na siebie.

Z racji tego, że jezioro znajduje się strefie przygranicznej warto zwrócić się do Departamentu Straży Granicznej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o wydanie specjalnego pozwolenia na poruszanie się w owej strefie. Dzięki temu oszczędzimy sobie problemów w razie spotkania gruzińskich pograniczników lub natknięcia się na ich posterunek w dolinie Truso. O tym jak wystąpić o pozwolenie przeczytacie na końcu postu, gdzie znajdziecie także pozostałe informacje praktyczne. Ok, starczy chyba tego wstępu. Już i tak wyszedł nieco za długi.

Kelitsadi
Ela z odebranym w Departamencie Straży Granicznej pozwoleniem na poruszanie się w strefie przygranicznej

Dzień 1. 15.08.2019

Naszą wędrówkę nad jezioro Kelitsadi rozpoczęliśmy w dolinie Truso. Kierowca marszrutki mknącej z Tbilisi do Stepancmindy za dodatkową opłatą odbił z głównej szosy i zostawił nas nad brzegiem rzeki Terek nieopodal wsi Kvemo Okrokana. Z tego miejsca zaplanowaliśmy bowiem start naszego trekkingu nad jezioro. Po nocnym locie, w trakcie którego nie zmrużyliśmy niemal oka, załatwianiu formalności w ministerstwie, zakupie gazu i podróży do doliny Truso zdecydowanie nie mieliśmy ochoty zarzucać na siebie ciężkich plecaków i ruszać w drogę. Resztki sił i zapału wysysał z nas lejący się z nieba żar.

dolina Truso
Wylot doliny Truso

Na marudziłem się już wystarczająco prawda? To teraz czas na coś przyjemniejszego. Mianowicie rozciągające się dookoła widoki! Potężne, masywne zielone stoki, nieśmiało wyłaniające się białe czapy lodowców oraz kontrastujące z wszystkim czerwone, wulkaniczne skały na tle błękitnego nieba. O tak, nic więcej do szczęścia nam nie było trzeba. A uwierzycie jak Wam powiem, że to jeszcze nie wszystko? Z każdym zdobytym metrem wysokości bezceremonialnie odsłaniał nam się majestatyczny Kazbek. Tak, ten Kazbek. I wiecie co? Wcale nie był taki wstydliwy jak zwykle i nie chował się pod pierzyną chmur! Tyle wygrać <3

Dolina Mna i wyłaniające się powoli lodowce
Jeszcze chwila…

Pierwszego dnia mieliśmy zamiar pokonać stosunkowo krótki dystans, bo raptem 6,5 km i dojść do niewielkiego plateau. Według informacji znalezionych w internecie miało być to jedyne w miarę dogodne miejsce na rozbicie namiotów, a przy odrobinie szczęścia podobno można natrafić na wodę. My zabiwakowaliśmy jednak nieco wcześniej. Po pierwsze nie czuliśmy się za dobrze. Nieprzespana noc, wiele godzin w podróży, brak czasu na wrzucenie czegoś konkretnego do brzucha spowodowały, że wyglądaliśmy jak zombie. Po drugie wdrapaliśmy się na świetny punt widokowy, z którego rozciągała się wyborna panorama na dolinę Truso, dolinę Mna oraz górujący ponad wszystkim Kazbek. Szkoda było chować się pośród skał i stracić szansę na podziwianie Mkinwarcweri (czyli „Lodowej Góry” jak Gruzini nazywają Kazbek) w promieniach zachodzącego słońca.

Kazbek
Kazbek w pełnej krasie <3

Namioty rozbiliśmy na niewielkim wypłaszczeniu porośniętym trawą kilka kroków od punktu widokowego, wsunęliśmy na siłę liofa i rozsiedliśmy się wygodnie w oczekiwaniu na to, aż słońce schowa się za szczytami Wielkiego Kaukazu.

Przed wyjazdem spędziłem wiele godzin na planowaniu, poszukiwaniu informacji, rozmyślaniu gdzie, kiedy, którędy. Wodziłem palcem po mapie, kręciłem się na Google Earth po okolicy i wiecie co? Nic nie odda tych chwil, tych momentów, kiedy człowiek jest już na miejscu. Nic nie musi, a wszystko może. Kiedy w promieniach zachodzącego słońca może do woli wpatrywać się w majestatyczny Kazbek, który do tej pory oglądał tylko na szklanym ekranie. Kiedy ma się to wszystko tylko dla siebie…

Wsłuchując się w szum spokojnego wiatru, wpatrywałem się w rozpalony ostatnimi promieniami słońca wierzchołek Lodowej Góry, starając się zachować w pamięci tę chwilę na zawsze.

Trzeba żyć chwilą, każdym dniem… być tu i teraz.”
Simone Elkeles – Idealna chemia

Kazbek
Czyż nie jest piękny?
Żyć i nie umierać!

Dzień 2. 16.08.2019

O poranku, pomimo wczesnej pory, słońce znajdowało się już dosyć wysoko nad horyzontem oświetlając ostrym światłem kaukaskie szczyty i doliny. W dalszym ciągu trudno nam było uwierzyć, że nasza przygoda już trwa, a stojący nieopodal Kazbek nie jest projekcją umysłu. Tego dnia mieliśmy dotrzeć nad jezioro Kelitsadi i przejrzeć się w jego krystalicznie czystych wodach. Czekał nas długi dzień marszu w nieznanym terenie, przejście przez przełęcz znajdującą się na wysokości 3400 m, a wszystko to w upalnej aurze z resztkami wody w plecaku.

Miejsce pierwszego biwaku

Trekking nad jezioro Kelitsadi jest trudny z wielu powodów. Po pierwsze nie prowadzi tam żaden szlak i trzeba radzić sobie samemu z poszukiwaniem właściwej ścieżki. Po drugie wspomniana strefa przygraniczna z Osetią Południową – chyba nie wymaga dalszego komentarza. Po trzecie, najważniejsze – na trasie nie ma zasadniczo pewnych miejsc, gdzie można uzupełnić wodę. Dopiero nad jeziorem mamy gwarantowany i nielimitowany dostęp do czystej wody. A wcześniej? Niestety decydując się na ten wariant trzeba być na to przygotowanym i zabrać ze sobą zapasy wody na dwa dni, co wiąże się z koniecznością noszenia co najmniej 5-6 l wody na osobę. Przy panującym w trakcie naszego przejścia upale nawet ta ilość okazała się niewystarczająca. O tym jak udało nam się wyjść z tej opresji za chwilę.

Względnie wyspani pożegnaliśmy się z widokiem na dolinę Truso oraz Mna i ruszyliśmy na południowy-zachód w stronę czerwonych stożków wulkanicznych Wielkiego i Małego Khorisara. Po godzinie marszu dotarliśmy na wspomniane przeze mnie wcześniej wypłaszczenie, na którym mieliśmy zaplanowany pierwszy biwak. Jak się okazało nie bylibyśmy tam całkiem sami, bo spotkaliśmy pasterzy wypasających stado owiec. Pamiętacie nasze przygody z Armenii? Jak widzicie owce, możecie spodziewać się również psów pasterskich. Nie inaczej było tym razem. Na nasze szczęście wypasający owce pasterz w porę nas zauważył i odwołał swoich czworonożnych strażników. Na skraju zbocza zauważyliśmy resztki śniegu, który w razie „W” można byłoby stopić i uzupełnić zapas wody. Nie łudźcie się jednak, że śnieg leży tam cały rok i będziecie mogli z niego skorzystać. Co to, to nie!

Plateau, gdzie planowaliśmy pierwszy nocleg. Na końcu po prawej stronie widać niewielki płat śniegu.
Wciąż nie mogliśmy przestać się odwracać i sprawdzać czy Kazbek dalej stoi tam, gdzie stał 😀

Po krótkim, płaskim odcinku zaczęło się podejście w górę, w stronę przełęczy znajdującej się pomiędzy Małym i Wielki Khorisarem. Otoczenie robiło się coraz bardziej marsjańskie, a zielone zbocza ustąpiły miejsca skalnemu rumoszowi. W tym surowym terenie i palącym słońcu nasze zapasy wody znikały w zastraszającym tempie. Będąc raptem w 1/3 drogi mieliśmy zaledwie parę łyków życiodajnego płynu. Na nasze szczęście na wysokości ok. 3050 m npm udało nam się natrafić na spływającą z Wielkiego Khorisara wodę. Pochodziła ona z topniejącego pod wierzchołkiem śniegu i zawierała mnóstwo drobinek skał, piachu i pyłu. Z marszu absolutnie nie nadawała się do picia i najpierw musieliśmy ją przefiltrować z cząstek stałych, a później uzdatnić podwójną dawką tabletek uzdatniających. Dopiero po takim zabiegu woda nadawała się do picia, a i tak w dalszym ciągu wyczuwaliśmy w niej osad. Cóż, lepsza taka woda niż perspektywa dalszej drogi, mówiąc kolokwialnie, o suchym pysku. Po około godzinnej przerwie na oczyszczanie wody ruszyliśmy w dalszą drogę.

Wędrówka w otoczeniu czerwonych skała sprawiała surrealistyczne wrażenie. Niestety nie należała do szczególnie przyjemnych. Na przemian szliśmy albo sypiącym się piargiem, albo rumowiskiem wielkich głazów, którego pokonanie przypominało drogę przez słynny Icefall na lodowcu Khumbu pod Everestem. Trzeba było ostrożnie stawiać kolejne kroki, aby przypadkiem nie wpaść w szczelinę pomiędzy głazami.

Zielone stoki zastępuje kamienny rumosz.
Kazbek
Kolorowe zbocza Małego Khorisara

Tak ukształtowaną drogą dotarliśmy na przełęcz (~3420 m), gdzie po raz pierwszy naszym oczom ukazało się jezioro Kelitsadi oraz otaczające go szczyty. Zanim jednak nastąpił ten moment na wysokości ok. 3300 m natrafiliśmy na sporych rozmiarów płat śniegu, z którego wypływała czysta woda. Szybko podmieniliśmy przefiltrowaną wcześniej wodę, która chrzęściła nam między zębami na tą wypływającą spod białej pokrywy. Ależ to była ulga załyczyć takiej schłodzonej i orzeźwiającej wody. Od razu podniosły się morale w zespole, tym bardziej, że od teraz miało być już z górki.

Zejście z przełęczy nie wiele różniło się od podejścia. Prowadziło ono na styku dwóch różnych struktur geologicznych. Po jednej stronie czerwone, wulkaniczne skały Khorisara kontrastowały z jasnymi, ostrymi jak brzytwa łupkami. Efekt? Totalna kruszyzna. Dobrze, że pokonywaliśmy tą trasę w dół, a nie pod górę. U podstawy stożka Khorisara znaleźliśmy się po ponad godzinie. W dolinie swój początek bierze rzeka Biała Argavi, stanowiąca jeden z głównych dopływów… Kury (najdłuższej rzeki Gruzji, przepływającej m.in. przez Tbilisi). Niestety początkowy odcinek rzeki przypominał bardziej szlam niż potok i nie dawał szans na uzupełnienie butelek.

Spory płat śniegu poniżej przełęczy. Jest duża szansa, że utrzymuje się on tam przez większą część roku.
Dwa światy. Styk dwóch różnych struktur geologicznych.
Jezioro Kelitsadi schowane za otaczającymi je szczytami.
Zejście z przełęczy. Oj było krucho!

Od brzegów jeziora Kelitsadi dzielił nas jeszcze dystans około 3 km. Zmęczeni, jedni mniej drudzy bardziej, dowlekliśmy się tam po prawie 10 godzinnej wędrówce. Na jego północno-wschodnim skraju udało nam się znaleźć w miarę płaskie, porośnięte trawą miejsce. Niemal od razu zabraliśmy się za rozbijanie namiotów, bo na horyzoncie czaiły się już burzowe chmury nacierające znad Osetii Południowej. Zanim jednak z nieba spadły pierwsze krople deszczu byliśmy świadkami całkiem malowniczego zachodu słońca. Może nie tak dosłownie, bo jego tarcza dawno schowała się za otaczającymi jezioro graniami, ale rzucając swoje ciepłe promienie pięknie pomalowało górujące dookoła nas szczyty. Kiedy słońce ostatecznie zniknęło za horyzontem wskoczyliśmy do śpiworów na zasłużony odpoczynek. Spaliśmy jak zabici i nawet nocna ulewa oraz porywisty wiatr nie zrobiły na nas większego wrażenia.

Masywny stożek Wielkiego Khirisara. Po prawej przełęcz przez którą przechodziliśmy.
Kolorowe stoki Sherkhoty
Sherkhota w promieniach zachodzącego słońca.
Ciemne burzowe chmury nadciągające znad Osetii Południowej.

Dzień 3. Wejście na Sherkhotę. 17.08.2019

O poranku na niebie nie było żadnej chmurki. Jedynie mokra trawa przypominała o nocnym żywiole. Leżąca po przeciwległej stronie jeziora grań, stanowiąca umowną granicę pomiędzy Gruzją, a Osetią Południową dumnie prezentowała się w idealnie równej i nieruchomej tafli jeziora. Niesamowity widok, cisza i spokój, a pośród tego wszystkiego tylko my. Sztos! Jak mawia dzisiejsza młodzież. W tej bajecznej scenerii nieśpiesznie szykowaliśmy się do wyjścia w górę. Będąc nad jeziorem żal było nie wejść gdzieś wyżej i nie zobaczyć okolicy z szerszej perspektywy. Tym bardziej, że nie jest ona tak mocno eksplorowana jak np. okolice Kazbeku czy dolina Juty, a kadry pochodzące z tego rejonu z trudem można odnaleźć w odmętach internetu. O ile nad jezioro docierają nieliczne grupy to na sąsiadujący z nią stożek wulkaniczny opisany na mapie jako Sherkhota nie wchodzi praktycznie nikt. Wydaje mi się, że na 99% byliśmy pierwszymi Polakami, którzy stanęli na jego wierzchołku. Wysokość Sherkhoty wynosiła 3695 m zatem czekało nas pokonanie nieco ponad 600 m w pionie

Idealnie równa tafla jeziora Kelitsadi i odbijająca się w niej graniczna grań.
Kremy ochronne #City i #Extreme od Manaslu Outdoor sprawdziły się rewelacyjnie w tych słonecznych warunkach. Zdecydowanie polecamy!

Po ubiegłorocznych doświadczeniach ze stożkami wulkanicznymi w Górach Gegamskich i na Aragatsie dokładnie wiedzieliśmy czego się spodziewać się. Po pierwsze stromo, po drugie cholernie kruchu i sypko. Krótko mówiąc: dwa kroki do przodu, jeden do tyłu. Stojąc nad brzegiem jeziora ma się wrażenie, że wchodząc na Sherkhotę będzie lekko i przyjemnie. Ooo nie, nie łudźcie się. Może początkowe podejście po rozległym podnóżu stożka jest w miarę OK, to dalej każdy kolejny krok jest swego rodzaju walką o metry. Orientacyjnie wejście na szczyt nie stanowi większego problemy. My zdecydowaliśmy się wchodzić grzbietem opadającym na lewo od wierzchołka. W miarę zdobywania wysokości na horyzoncie rysowały się kolejne szczyty i doliny. Również jezioro Kelitsadi pokazało się w całej okazałości na tle kolorowych, skalnych zboczy.

Wejście na Sherkhotę zajęło niecałe dwie godziny. Ze szczytu rozlegała się niestety nieco ograniczona przez chmury panorama. Na szczęście bez problemu dało się obserwować najbliższą okolicę i znajdującą się na wyciagnięcie ręki Osetię Południową. Aż korciło, żeby wejść w jej głąb i odkryć jej dzikie rejony. Wejść na leżący nieopodal Kelihoh (3627m) (oset. Хъелы хох, ros. Гора Келихох), wymoczyć stopy w lodowatych wodach jeziora Archvebis (gruz. არჩვების ტბა), nie wspominając już o ledwo widocznym na horyzoncie jeziorze Keli. To było by coś! Cóż, dopóki sytuacja polityczna w tym rejonie się nie wyjaśni można o tym zapomnieć. No chyba, że nie straszna Wam perspektywa aresztowania i spędzenia nie wiadomo jak długiego czasu w osetyjskim więzieniu. Poza Osetią ze szczytu Sherkhoty widać na pierwszym planie sąsiadujący stożek Khorisara, dolinę rzeki Argavi oraz górujący ponad wszystkim Kazbek. Niestety tym razem jego wierzchołek schował się w chmurach.

Góry Tęczowe? Nie, to wciąż Kaukaz.
Jezioro Kelitsadi w całej okazałości. Nad jego prawym krańcem rozbiliśmy namioty.
Górzysty krajobraz Osetii Południowej.
Khorisar (3736m). Na prawo od wierzchołka znajduje się przełęcz, przez którą przechodziliśmy i linia naszego zejścia na styku czerwonych i białych skał.
Niewielkie jezioro Archvebis oraz czerwony stożek Kelihoh (ros. Гора Келихох).
Po lewej stronie widać dolinę rzeki Białej Argavi, po prawej chowająca się za chmurami Osetia.
Jezioro Kelitsadi i feeria kolorów wokół.
Na szczycie Sherkhoty.

Powrót nad jezioro Kelitsadi zajął nam około godziny. Korzystając z tego, że byliśmy w końcu na wakacjach postanowiliśmy trochę popływać w jeziorze. Jak nie trudno się domyślić nie trwało to długo, bo kąpiel w jego lodowatych wodach przyprawiała o ból. Po jakimś czasie udało się przyzwyczaić do tego zimna, a darmowa krioterapia pozytywnie wpłynęła na nasze obolałe mięśnie.

Po południu postanowiliśmy obejść jezioro dookoła. Powoli zaczyna się robić z tego jakaś tradycja, bo będąc nad jeziorem Akna w Górach Gegamskich również zrobiliśmy sobie spacer wzdłuż jego brzegów. Będąc po przeciwległej stronie jeziora Kelitsadi zauważyliśmy ślady niedźwiedzia świeżutko odbite w przybrzeżnym błotku. Od razu rozejrzeliśmy się wokół czy czasem niedźwiedź nie krąży jeszcze w bliskiej okolicy. Na szczęście nigdzie go nie dostrzegliśmy, co nie zmienia faktu, że świadomość bliskiego sąsiedztwa misia przyprawiła nas o gęsią skórkę. Wybierając się w tak odludne i jednak dzikie miejsce, człowiek niby wie, że może natknąć się na niedźwiedzie czy inne drapieżniki, ale jakby nie dopuszcza tej myśli do siebie. Dobrze, że skończyło się tylko na odkrytych śladach, a nie wizycie w namiocie.

Lodowata i orzeźwiająca kąpiel w jeziorze Kelitsadi postawiła nas na nogi.
Świeże ślady niedźwiedzia…
Sherkhota
Spacer dookoła jeziora Kelitsadi i wyłaniający się z tyłu Khorisar.

Kiedy wróciliśmy do namiotów zauważyliśmy schodzących z przełęczy Esikomi ludzi. Wcześniej Wam tego nie powiedziałem, ale… spodziewaliśmy się gości! Wierzcie lub nie, ale na tym totalnym pustkowiu i odludziu spotkaliśmy się z Magdą z Wiecznej Tułaczki! Pewnie większość z Was wie, a kto nie to zaraz się dowie, Magda współpracuje z polsko-gruzińską agencją Mountain Freaks i akurat miała parę wolnych dni przed kolejnym wejściem na Kazbek. Pierwotnie mieliśmy się zobaczyć dopiero w Stepancmindzie po powrocie z nad Kelitsadi, ale będąc na szczycie Sherkhoty sprawdziłem czy jest zasięg w telefonie i ku mojemu zdziwieniu udało złapać się sygnał, a przy okazji odczytać wiadomość od Magdy, że wpadną wieczorem nad Kelitsadi! Świat jest mały prawda?

Pomimo bezchmurnego wcześniej nieba wieczór upłynął znów pod znakiem deszczu. Nie przeszkodziło nam to jednak w integracji z Magdą, Dawidem i Giorgim (gruzińskim przewodnikiem, który przyszedł z Wieczną Tułaczką). Opowieściom nie było końca, a podsycane wyborną wiśnią i czarną porzeczką nabierały coraz większych rumieńców! Uśmialiśmy się co niemiara i szkoda było, że tak szybko zleciał nam ten czas.

Kolejny wieczór pod znakiem deszczowych chmur.
Nasi goście 😀
Niecodzienne spotkanie na końcu świata 🙂 | fot. Wieczna Tułaczka

Dzień 4. 18.08.2019 – Zejście do doliny Truso

Tradycyjnie wstaliśmy wczesnym rankiem i jak zawsze ciężko było wygrzebać się z ciepłych śpiworów. Mimo rześkiej temperatury przywitał nas widok błękitnego nieba. Tego dnia zamierzaliśmy zejść przez przełęcz Esikomi do doliny Truso. W jej kierunku wyruszyliśmy dopiero po tym jak przesuszyliśmy namioty po nocnej ulewie i zwinęliśmy nasze małe obozowisko.

Kolejny piękny poranek nad jeziorem Kelitsadi
Sherkhota w promieniach wschodzącego słońca.
Bye, bye Kelitsadi Lake…
Rzadko się zdarza, aby nasza trójka gościła na jednym zdjęciu! Dzięki Magda! 🙂 | fot. Wieczna Tułaczka

Podążając wzdłuż północnego brzegu jeziora Kelitsadi zaczęliśmy powoli piąć się w górę. W pewnym jednak momencie postanowiłem zmienić ustaloną dzień wcześniej drogę podejścia na przełęcz. Nie wiem co mnie wtedy pokusiło, chyba to, że Giorgi obrał nieco inny wariant i chciałem przeciąć się z wybraną przez niego linią. Raczej utrudniliśmy sobie w ten sposób podejście, bo wpakowaliśmy się w bardzo kruchy i stromy teren, a ciężkie plecaki nie sprzyjały nam w tej sytuacji. Oczywiście Giorgi z Magdą przemknął ponad naszymi głowami i tyle ich widzieliśmy. Przynajmniej na moment, bo po paru minutach Giorgi wrócił do nas, aby nam pomóc. Był to miły gest z jego strony, aczkolwiek sami też dalibyśmy radę tylko zajęłoby to nam kilka chwil dłużej.

Z przełęczy rozciąga się świetna panorama na jezioro Kelitsadi oraz znajdujące się dookoła szczyty. Szczególnie w godzinach popołudniowo-wieczornych, kiedy słońce znajdzie się w odpowiednim miejscu na horyzoncie idealnie widać mozaikę barw. Błękit jeziora Kelitsadi kontrastuje z szarościami okolicznych grzbietów, a czerwono pomarańczowe sylwetki Sherkhoty i Khorisara odcinają się od zielonych traw porastających brzegi jeziora. Cudny widok, którego niestety nie było nam dane zobaczyć w pełni, ponieważ ostre południowe słońce pozbawiło kolorów poszczególne elementy kompozycji.

Rzut oka na otoczenie jeziora Kelitsadi. Przełęcz już tuż, tuż…
No i dotarliśmy na przełęcz Esikomi. | fot. Wieczna Tułaczka
Ostanie wspólne chwile na przełęczy Esikomi.

Na przełęczy podpytaliśmy jeszcze o szczegóły dotyczące zejścia do doliny Truso po czym żegnając się z Wieczną Tułaczką i Giorgim umówiliśmy się na wieczorne piwko w Stepancmindzie. Początkowo droga prowadziła wzdłuż skalnej ściany i wyprowadzała na potężne pole głazów i rumoszu. Schodząc nim w dół dotarliśmy do źródła potoku Esikomi. W zasadzie mógłbym teraz napisać, że aby dojść do doliny Truso wystarczy iść wzdłuż potoku i tyle. Niestety nie jest to takie proste i oczywiste jakby się mogło wydawać o czym przekonaliśmy się na własnej skórze.

Na początku wąski strumień potoku nie sprawiał nam żadnych problemów logistycznych. Śmiało przeskakiwaliśmy z jego prawej lub lewej strony, tak jak było nam wygodniej, aż do momentu, kiedy jego wody zniknęły pod skałami sporego osuwiska. Dalszą drogę wskazały nam nieliczne kopczyki. Po minięciu osuwiska natrafiliśmy ponownie na strumień potoku, wzdłuż którego podążyliśmy dalej, aż doszliśmy do niewielkiego wypłaszczenia, gdzie stanęliśmy przed małym dylematem. Stało się tak dlatego, że pośrodku doliny zastaliśmy niewielkie wzniesienie/ grzbiet i nie do końca wiedzieliśmy której strony je obejść. Iść w prawo? A może w lewo, tam gdzie dalej płynął potok? Zastanawiając się krótką chwilę nad dalszą drogą udało nam się wypatrzyć kopczyk, który zdecydował, że podążyliśmy dalej za wodami potoku.

Początek zejścia z przełęczy Esikomi.
Te trzy małe punkciki w środku kadru to Magda, Dawid i Giorgi 😉
W drodze za wodami potoku. Od czasu do czasu znajdowaliśmy w korycie kopczyki.

Z czasem w potoku przybyło wody, jego koryto stało się węższe, a ograniczające go zbocza bardziej strome. Wciąż napotykaliśmy nieliczne kopczyki, które utwierdzały nas w przekonaniu, że wybraliśmy słuszną drogę. Niestety w pewnym momencie koryto potoku Esikomi stało się już zbyt wąskie, a jego nurt w dalszym ciągu przybierał na sile więc postanowiliśmy wejść na górę zbocza ograniczającego go z prawej strony. Ku naszemu małemu zaskoczeniu znaleźliśmy tam ledwo widoczną ścieżkę oraz wskazujące dalszą drogę kopczyki. Wniosek z tego wszystkiego jest taki, że w miejscu, gdzie zastanawialiśmy się nad dalszą drogą mogliśmy odbić również w prawo i doszlibyśmy pewnie w te same miejsce. Podążając dalej nikłą ścieżką dotarliśmy do miejsca styku dwóch potoków. Pamiętając wskazówki Magdy wiedzieliśmy, że mamy trzymać się prawego brzegu, gdzie udawało nam się odnajdować kolejne kopczyki oraz zarys ścieżki.

Na górze zbocza ograniczającego potok z prawej strony. Tutaj udało nam się wypatrzyć kolejne kopczyki oraz ścieżkę.
Mniej więcej w tym miejscu dobrze przejść na lewą stronę potoku. Dalej sytuacja robi się coraz bardziej nieciekawa, aż dochodzi się do miejsca, gdzie nie da się dalej przejść.

Wszystko szło super dopóki nie zaczęło padać w najmniej oczekiwanym przez nas momencie. Pal licho sam deszcz i to, że musieliśmy wyciągać kurtki, ale to po czym stąpaliśmy stało się cholernie śliskie. Musieliśmy ostrożnie stawiać każdy kolejny krok, żeby nie zjechać stromym zboczem do potoku. A akurat w tej chwili zbocza doliny stały się coraz bardziej strome i tak jakby coraz mniej przyjazne naszej wędrówce. W pewnym momencie przedzieraliśmy się już przez wysokie trawy i krzaczory, aż doszliśmy do miejsca, gdzie wpakowaliśmy się w takie maliny, przez które nie byliśmy w stanie się przedostać. Bardzo nas to zastanawiało, bo jeszcze parę chwil wcześniej widzieliśmy kopczyk więc wydawało nam się, że w dalszym ciągu jesteśmy po właściwej stronie potoku. Jak się okazało myliliśmy się.

Póki co trzymamy się prawej strony potoku Esikomi i jest ok.
Jak się później okazało przed tym przełamaniem potoku powinniśmy być już po jego lewej stronie.
Przedzieranie się przez krzaczory.
Dobra mina do złej gry. Zastanawiamy się, gdzie dalej iść.

Nie znajdując dalszej drogi wróciliśmy do ostatniego napotkanego przez nas kopczyka, aby rozejrzeć się wokół czy czegoś nie przegapiliśmy. Niestety nie wypatrzyliśmy dalszych wskazówek więc zdjąłem buty, podwinąłem nogawki i przeszedłem na drugą stronę dosyć bystrego i wartkiego już potoku. Po chwili dołączyli do mnie również Ela i Adrian, ponieważ udało mi się wypatrzyć jakąś ścieżkę wiodącą trawiastym zboczem. Dalszą drogę kontynuowaliśmy już podążając lewym brzegiem potoku Esikomi. Od czasu do czasu przyszło nam przekraczać bardzo strome i nieprzyjemne żleby przecinające zbocze w czym nie pomagało na pewno to, że po deszczu było bardzo ślisko. Ostatecznie udało nam się dotrzeć do wylotu potoku Esikomi i doliny Truso. W popołudniowym świetle zrobiła ona na mnie niesamowite wrażenie. Tym bardziej, że mogliśmy zobaczyć ją z innej perspektywy niż ta, którą przedstawia większość zdjęć w internecie.

Ostatecznie w tym miejscu przedostaliśmy się na lewy brzeg potoku i wdrapaliśmy na górę zbocza. Do tej pory przedzieraliśmy się przez widoczne po lewej stronie zdjęcia krzaczory.
Już po właściwej stronie. Maksymalnie udało nam się dojść do widocznej na dole zdjęcia skalnej baszty. Dalej nie dało się iść i zawracaliśmy.
Dolina Truso już tuż, tuż…
Dolina Truso i ruiny twierdzy Zakagori.
Dolina Truso

Schodząc do doliny Truso mieliśmy świadomość, że udało nam się wykonać dopiero połowę zadania. Tak naprawdę trudniejszy wydawał się chyba powrót z doliny Truso do Stepancmindy. Teoretycznie dolina Truso jest miejscem popularnym i często odwiedzanym przez turystów, ale przyjeżdżają oni tam albo w zorganizowanych grupach, albo samochodami 4×4 z kompletem pasażerów. Wiedzieliśmy, że nie mamy co liczyć na marszrutkę więc trzeba było liczyć na pomoc miejscowych. W internecie udało mi się odszukać numer telefonu do taksówkarza o wiele mówiącej ksywce „Vasyl Schumacher”. Czytając przed wyjazdem tyle o gruzińskich kierowcach i stylu ich jazdy mieliśmy świadomość, że może to być podróż w jedną stronę, ale raz się żyje więc postanowiliśmy zadzwonić i sprawdzić aktualność numeru. Jak się okazało numer był prawidłowy, ale Vasyl po angielsku nie mówił wcale, próbował rozmawiać z nami po rosyjski, którego z kolei my nie za bardzo rozumieliśmy, a na dodatek co chwilę przerywało nam połączenie.

Nie mogąc dogadać się z Vasylem Schumacherem postanowiliśmy podejść do grupy biwakujących w dolinie Truso Gruzinów w nadziei, że któryś z nich włada angielskim, powiemy mu o co nam chodzi i on w naszym imieniu dogada się z Vasylem. Pomysł ten wypalił z nawiązką, ponieważ Gruzin, który rozmówił się z Vasylem przekazał nam, że ten chce nas trochę naciągnąć oferując swoje usługi za 110 lari i jak chcemy to on oraz jego rodzina kończą biwak i mogą nas podwieźć do Stepancmindy. Oczywiście od razu przystaliśmy na jego propozycję! Przy okazji zostaliśmy poczęstowani wszystkimi smakowitymi rzeczami, przy których ucztowali Gruzini. Tym, którzy już byli w Gruzji nie muszę mówić jak dobre jest tam jedzenie, a tym którzy jeszcze nie mieli okazji posmakować gruzińskiej kuchni mówię: jest przepyszna i koniecznie musicie spróbować gruzińskich specjałów! Kiedy najedliśmy się do woli, a wszystko popiliśmy gruzińskim piwem ruszyliśmy w drogę do Stepancmindy

Dolina Truso, rzeka Terek oraz widoczne po prawej zabudowania Abano.
Zabudowania Ketrisi.
Bo w Gruzji najważniejsza jest rodzina. Dzięki nim udało nam się wydostać z doliny Truso do Stepancmindy.
Dolina Truso
Dolina Truso

Informacje praktyczne:

Dojazd z lotniska do centrum

Aby dojechać z lotniska do centrum wystarczy wsiąść do autobusu #37 odjeżdżającego z pod terminala. Dojedziemy nim aż pod dworzec kolejowy, gdzie znajduje się również główna stacja metra – Station Square (możliwość skorzystania z I i II linii metra). Cena za przejazd wynosi 0,50 GEL. Warto mieć drobne lub wyrobić sobie specjalną kartę AL/MS umożliwiającą korzystanie z transportu publicznego w Tbilisi. Kartę można wyrobić w oddziałach Georgia Bank (m.in. na lotnisku w terminalu przylotów) lub w okienku na stacjach metra. Wyrobienie karty kosztuje 2 GEL. Jeśli bardzo Wam się spieszy zawsze możecie skorzystać z taxi.

Gdzie można kupić gaz w Tbilisi?

Mi udało się zlokalizować trzy sklepy, gdzie w Tbilisi można kupić kartusze z gazem:

Sklep Magellan
68 Adam Mitskevichi St, Tbilisi
godz. otwarcia: 11.00 – 20.00

Sklep MPlus
25 Vazha Pshavela Ave, Tbilisi
godz. otwarcia: 10.00 – 19.00

Sklep Geoland
3 Telegraph Dead End, Tbilisi
godz. otwarcia: od 10.00

My byliśmy w sklepie MPlus i Magellan więc ich istnienie możemy potwierdzić. Cena za duży zakręcany kartusz gazu MSR to 45 GEL, mały 28 GEL. Do obu sklepów łatwo dotrzeć metrem, wystarczy wysiąść na stacji Medical University i kawałek się przespacerować. Poza tym niedaleko jest Departament Straży Granicznej, gdzie odbieraliśmy pozwolenia na trekking w strefie przygranicznej więc można obie rzeczy załatwić praktycznie za jednym razem.

Poza tym kartusze z gazem kupicie również w Stepancmindzie w biurze Mountain Freaks Mountain Travel & Adventure Agency.

Jak uzyskać pozwolenie na poruszanie się w strefie przygranicznej?

Sprawa jest bardzo prosta. Wystarczy wysłać wiadomość email do Departamentu Straży Granicznej na adres: bpol@mia.gov.ge
Maila z wnioskiem o pozwolenie należy wysłać nie później niż 5 dni roboczych przed podróżą. Wniosek powinien zawierać następujące informacje:

  1. Cel podróży (turystyka, alpinizm itp.);
  2. Okres pobytu w strefie przygranicznej lub na granicy (daty);
  3. Lista członków grupy;
  4. Preferowana lokalizacja do uzyskania pozwoleń: centrala lub biura regionalne;
  5. Informacje kontaktowe (numer telefonu) lidera grupy;

Należy dołączyć również następujące pliki:

  1. Trasa podróży zaznaczona na mapie (miejsca rozpoczęcia i zakończenia);
  2. Kopie ważnego dowodu osobistego lub paszportów członków grupy.

Wszystkie informacje znajdziecie również na stronie Departamentu Straży Granicznej: http://bpg.gov.ge/en/symbols

Jak dostać się do doliny Truso?

Ok. Mamy pozwolenie i gaz więc czas ruszyć do Stepancmindy (dawniej Kazbegi), a dalej do doliny Truso. W Tbilisi wystarczy wsiąść do metra i pojechać na stację Didube. Stamtąd odjeżdżają interesujące nas marszrutki. W naszym przypadku podróż Tbilisi – Kazbegi kosztowała 25 GEL/osobę i trwała ok. 3 h z tym, że kierowca ekstra zjechał dla nas do doliny Truso i podrzucił nas do Kvemo Okrokana, gdzie startowaliśmy nad jezioro Kelitsadi.

Jeśli nie uda Wam się przekonać/poprosić kierowcy marszrutki o podwózkę do doliny Truso i wylądujecie w Kazbegi z pewnością jeden z tamtejszych taksówkarzy czy też kierowców busów podwiezie Was w docelowe miejsce. Możecie również skorzystać z busików Mountain Freaks Mountain Travel & Adventure Agency, które w sezonie odjeżdżają do doliny Truso codziennie o godzinie 9.15 ze Stepancmindy. Koszt to 30 lari od osoby za dojazd tam i z powrotem.

Jak dotrzeć nad jezioro Kelitsadi?

Ślady .gpx naszego przejścia znajdziecie na platformie Wikiloc:
Dzień 1: https://pl.wikiloc.com/szlaki-wycieczki-piesze/gruzja-kelitsadi-lake-day-1-43512660
Dzień 2: https://pl.wikiloc.com/szlaki-wycieczki-piesze/gruzja-kelitsadi-lake-day-2-43512753
Dzień 3, wejście na Sherkhotę: https://pl.wikiloc.com/szlaki-wycieczki-piesze/gruzja-kelitsadi-lake-sherkhota-day-3-43512814
Dzień 4: https://pl.wikiloc.com/szlaki-wycieczki-piesze/gruzja-kelitsadi-lake-truso-valley-day-4-43512945

1 Comment

Write A Comment

Podobał Ci się wpis?

Znalazłeś interesujące Cię informacje?

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!

Nic Cię to nie kosztuje, a nas zmotywuje do dalszej pracy 🙂