Obudziliśmy się skoro świt. Zaspanymi jeszcze oczyma rozejrzałem się wokół i nie mogłem uwierzyć w to co ujrzałem. Kiedy wieczorem kładliśmy się spać byliśmy, poza czwórką naszych ukraińskich kompanów, jedynymi osobami na schronisku. Tymczasem w porannym świetle zobaczyłem usłaną śpiworami całą podłogę na poddaszu. Co prawda słyszałem w nocy jakieś rozmowy, ale sądziłem, że to nasza wesoła ekipa kontynuowała spożycie bimbru 😛 Po cichu zwinęliśmy nasz ekwipunek i wyszliśmy na zewnątrz, żeby nie budzić pochrapujących jeszcze nocnych wędrowców. Na parterze sytuacja wyglądała podobnie. Wszędzie było pełno osób, które smacznie sobie spały. Po chwili pod wiatą zjawili się również Misza, Slawa, Jura i Nikola, którzy również mieli zamiar ruszyć w kierunku Howerli. Na szczęście nie częstowali nas już bimbrem, skończyło się na cukierkach 😛 Pogadaliśmy z nimi chwilę, zjedliśmy śniadanie, serdecznie pożegnaliśmy wymieniając się kontaktami i wymaszerowaliśmy w dalszą drogę. Nie było bowiem chwili do stracenia. W ciągu jednego dnia chcieliśmy przejść odcinek z przełęczy Peremyczka na Howerlę i dalej granią Czarnohory, aż na Popa Iwana. Zdecydowana większość osób dzieli tą trasę na pół i pokonuje ją w dwa dni. Żeby nie było zbyt różowo, pomimo sporego dystansu jaki nas czekał, postanowiliśmy jeszcze nieco utrudnić sobie zadanie i pokonać ten etap naszej wędrówki poruszając się ściśle po grani z zaliczeniem wszystkich ukraińskich dwutysięczników, zwiększając tym samym wypadkową sumę podejść na trasie. W przypadku szczytu Gutin Tomnatyk wymagało to jeszcze dodatkowego odbicia z głównej grani.

Przeczytaj także:

O tym jak znaleźliśmy się na przełęczy Peremyczka i weszliśmy na Pietrosa.

Planujesz wyprawę w Czarnohorę i chcesz zdobyć jej najwyższy szczyt, Howerlę? 
Tutaj znajdziesz informacje praktyczne jak zaplanować wyjazd w ukraińskie Karpaty.

 

Po krótkim fragmencie szlaku prowadzącym przez ośnieżony las znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, skąd mogliśmy podziwiać otaczający nas widok. Na tle niebieskiego nieba w promieniach porannego słońca na horyzoncie wyłaniały się ośnieżone szczyty Marmaroszy oraz Gór Rachowskich kontrastujące z soczystą zielenią czarnohorskich lasów. Przed nami piętrzyła się Howerla, a za nią rozciągała się dalsza część grani Czarnohory. Pobudzeni rześkim powietrzem mknęliśmy pośród kosówki w stronę przełęczy pod Howerlą, poniżej której odnaleźliśmy schron. Tak, to ten, do którego mieliśmy zamiar dojść dzień wcześniej. Okazało się, że dobrze zrobiliśmy zostając w schronisku na przełęczy Peremyczka, bo kilka osób spędziło noc pod jego dachem, a kilka kolejnych w namiotach przy źródle nieco poniżej drewnianej chatki.

Droga na szczyt Howerli z przełęczy prowadzi zachodnim grzbietem, który po północnej stronie opada stromymi zboczami. Po początkowym mocnym uderzeniu wraz ze zbliżaniem się do wierzchołka Howerli szlak stawał się coraz bardziej łagodny. Po około 1,5 h od wyruszenia ze schroniska cieszyliśmy się ze zdobycia Howerli, najwyższego szczytu Ukrainy, którego wysokość wynosi 2061 m. Przybiliśmy sobie „high five” wypowiadając z radością: „Znowu się udało!”. Autorem tej frazy jest Adam Bielecki i padła ona w momencie, gdy jako pierwszy w historii stanął zimową porą na szczycie Broad Peaku. Słowa te na stałe wpisały się w nasze górskie podróże i za każdym razem, kiedy zdobywamy szczyt należący do Korony Europy cytujemy Adama. 😛 Ze szczytu rozlega się całkiem przyjemna panorama na otaczające nas ze wszystkich stron góry.

Howerla jest dla Ukraińców bardzo ważna, powiedziałbym, niemalże święta. Co roku jest ona tłumnie przez nich odwiedzana o czym świadczą m.in. pozostawione na szczycie flagi Ukrainy. Poza tym na wierzchołku Howerli znajduje się jeszcze krzyż, obelisk triangulacyjny, ukraiński trójząb oraz tablica zawierająca kapsuły z ziemią z każdego z ukraińskich obwodów. Na szczycie nie zabawiliśmy za długo, bo zaczął powiewać chłodny wiatr.

Spoglądając na południowy-wschód daleko na horyzoncie widzieliśmy wierzchołek Popa Iwana z charakterystycznym budynkiem obserwatorium. Mieliśmy zamiar tam dotrzeć, ale widząc ogrom drogi jaki dzielił nas od naszego celu zaczęliśmy się pukać się w głowę czy aby na pewno tego chcemy 🙂 Cóż… jak już coś sobie ustalimy to staramy się trzymać założonego planu i tylko w awaryjnych sytuacjach modyfikujemy go w zależności od potrzeba więc nie było zmiłuj się i trzeba było ruszyć z kopyta co by zdążyć przed zmrokiem 😛 Decydując się na przejście grani Czarnohory liczyliśmy się z tym, że będziemy maszerować cały czas raz na dół, raz pod górę i tak na okrągło. Po zejściu z Howerli na rozłożystą przełęcz czekało nas podejście na Breskuł (1912 m) zwany czasami Małą Howerlą. Zejście w dół i znów podejście pod szczyt Pożyżewskiej (1822 m). W ten sposób pokonaliśmy także następny w kolejności szczyt Dancerza (1848 m), po którym nadszedł czas na Turkuł (1933 m). Przechodząc grań Czarnohory trudno nie zauważyć słupków granicznych, które wyznaczały dawno, dawno temu granicę między… Polską, a Czechosłowacją. Jeśli jakimś cudem zgubilibyście szlak, spokojnie możecie podążać za słupkami granicznymi, które wytyczają przebieg grani.

Na szczycie Turkuła spotkaliśmy grupę bardzo sympatycznych rodaków, z którymi mijaliśmy się później kilkukrotnie na szlaku, a na koniec wycieczki w Dzembroni usiedliśmy wspólnie przy piwku. Z wierzchołka Turkuła ujrzeliśmy już jak na dłoni Jezioro Niesamowite, które jest bardzo popularnym miejscem wycieczek oraz biwakowania. Wśród niektórych turystów panuje nawet opinia, że biwaki przy Jeziorze Niesamowitym przypominają raczej Przystanek Woodstock, ponieważ ukraińska młodzież przynosi ze sobą sprzęt grający ciężkiego kalibru i imprezują do białego rana przy dźwiękach głośnej muzyki pozostawiając przy tym sporo śmieci. Taką cenę płaci Jezioro Niesamowite za to, że jest stosunkowo łatwo dostępne dla każdego, bowiem z Zaroślaka można dostać się nad nie bardzo szybko żółtym szlakiem. My stwierdziliśmy, że nie będziemy nad nie specjalnie schodzić, bo czekałoby nas później podejście stromym, zaśnieżonym zboczem, na które nie mieliśmy za bardzo ani ochoty, ani czasu. Poza tym część jeziora znajdowała się jeszcze pod śniegiem.

 

Trzymając się dotychczasowego schematu góra-dół, góra-dół zeszliśmy na przełęcz Turkulską, skąd bardzo zwężającą się w tym miejscu granią pomaszerowaliśmy w kierunku Rebry, kolejnego na naszej liście ukraińskiego dwutysięcznika. Podejście na Rebrę prowadziło rozległą połoniną, na której kwitło mnóstwo krokusów. Normalnie wytyczony szlak omija jednak wierzchołek Rebry i trawersuje go po zachodniej stronie więc aby wejść na szczyt musieliśmy odbić nieco ze ścieżki. Niewiele brakowało, a Rebra nie znalazła by się w gronie szczytów wybijających się na wysokość ponad 2000 m, bo przekracza ją zaledwie o 1 m. Kiedy byliśmy na jej wierzchołku nieco nas zmroziło, bo do naszych uszu dotarły dźwięki grzmotów. „O nie! Tylko tego nam brakowało!” – pomyślałem. Będąc na grani ostatnią rzeczą, której byśmy sobie życzyli była burza.

Schodząc z Rebry w kierunku kolejnego ukraińskiego dwutysięcznika jakim był Gutin Tomnatyk (2016 m) nie tylko słyszeliśmy kolejne grzmoty, ale też widzieliśmy formującą się niedaleko komórkę burzową, która z każdą chwilą rosła i nabierała mocy. Na szczęście przesuwała się ona w kierunku Howerli, dlatego stwierdziliśmy, że szybko wejdziemy na Gutin Tomnatyk i z kopyta ruszymy dalej granią w kierunku Popa Iwana, żeby uniknąć spotkania z piorunami. Jak powiedzieliśmy tak też zrobiliśmy i po kilku chwilach mogliśmy odhaczyć kolejny szczyt z naszego zestawienia. W kotle pomiędzy szczytami Gutin Tomnatyk i Brebenieskuł leży kolejne malownicze jezioro polodowcowe, Jezioro Berbenieskie. Jest ono, podobnie jak Jezioro Niesamowite, bardzo popularnym miejscem biwakowym i to właśnie tutaj większość osób przemierzająca grań Czarnohory na odcinku Pop Iwan – Howerla decyduje się na nocleg. My oczywiście nie skorzystaliśmy z takiej możliwości i pognaliśmy w stronę szczytu Brebenieskuła, który ze swoją wysokością wynoszącą 2036 m jest drugim najwyższym szczytem Ukrainy. Podobnie jak w przypadku Rebry znakowany szlak omija wierzchołek góry, dlatego odbiliśmy w jego kierunku i podeszliśmy na szczyt stromym zboczem. Jego pokonanie z ciężkim plecakiem spowodowało, że na moim czole pojawiło się kilka kropel potu, a serce zabiło szybciej.

Kiedy staliśmy na wierzchołku Brebenieskuła spostrzegliśmy, że po zachodniej stronie niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami i burza rozciągała się już na całej długości grani. Wcześniej przez moment nie zwracaliśmy na to uwagi, ale sytuacja faktycznie zrobiła się nieciekawa. Dodatkowo doszedł nam problem kończącej się wody do picia. Mimo, że startując rano z przełęczy Peremyczka zabraliśmy ze sobą spore jej zapasy to zaczęło nam jej w tym momencie brakować. Na nasze szczęście na południowo-zachodnim zboczu Brebenieskuła znajduje się źródełko, w którym udało nam się uzupełnić zapasy wody, która miała nam wystarczyć do końca tego oraz na początek kolejnego dnia. W całym tym szczęśliwym zbiegu okoliczności było też trochę nieszczęścia, bo niestety dosięgły nas krople deszczu, a od Popa Iwana dzieliło nas jeszcze około 7,5 km co przekładało się na nieco ponad 2 h marszu.

W ogóle to Pop Iwan otrzymał od nas przydomek „Odległy”, a to dlatego, że mimo upływu kolejnych godzin w drodze i przebytych kilometrów wcale nie wydawał się bliższy, a wręcz przeciwnie ciągle majaczył gdzieś w oddali na horyzoncie. Sprawiał wrażenie jakby przeskakiwał z góry na górę uciekając przed nami. Działało to na nas bardzo deprymująco i przygnębiająco, bo zmęczenie pokonaną już trasą narastało z każdą chwilą, pogoda przestała sprzyjać, a cel, mimo, że cały czas widoczny, pozostawał wciąż daleko przed nami. Po uzupełnieniu zapasów wody bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy w kierunku Munczela. Biorąc pod uwagę pogarszającą się pogodę i szalejącą w pobliżu burzę, która przemieszczała się równolegle do grani na zachód o nas stwierdziliśmy, że ominiemy jego szczyt i nie pójdziemy ściśle granią jak pierwotnie sobie założyliśmy. Zawsze to zaoszczędzone nieco czasu i sił.

O ile na początku, kiedy usłyszeliśmy pierwsze grzmoty i zobaczyliśmy, że pogoda zaczynać się psuć, każdy kolejny grzmot elektryzował nas coraz mocniej i budził niepokój, to po minięciu Munczela przywykliśmy już do akompaniamentu burzy na tyle, że przestaliśmy już na nią zwracać uwagę. Po tym czasie widzieliśmy już, że raczej nie przejdzie ona przez grań na drugą stronę, gdzie paradoksalnie świeciło słońce. Kiedy na drugi dzień zeszliśmy do Dzembroni i rozmawialiśmy ze spotkanymi ludźmi o burzy, która nam towarzyszyła na grani patrzyli na nas ze zdziwienie i niedowierzaniem, bo u nich w tym samym czasie była piękna, słoneczna pogoda :O Ot, taki klimat 😉

Kiedy dotarliśmy do miejsca, gdzie z głównej grani odbija szlak na Smotrec, byliśmy już tak zmęczeni, że pomimo padającego deszczu, przeszywającego zimna oraz gromów na niebie postanowiliśmy odpocząć kilka minut przed ostatecznym podejściem na Popa Iwana, który był już coraz bliżej. Bliżej nie znaczy blisko, bo wciąż dzieliła nas od niego godzina drogi.

Po krótkiej przerwie zmobilizowaliśmy resztki sił i podjęliśmy się ostatecznej rozprawy z Popem Iwanem „Odległym”. Na sam koniec czekało nas jeszcze pokonanie 200 m w pionie. Ścieżka najpierw wznosiła się w górę delikatnie, ledwo odczuwalnie, ale wraz ze zbliżaniem się do Popa Iwana „nieco mniej Odległego” stawała się coraz bardziej stroma, a stawianie kolejnego kroku stanowiło dla nas już nie lada wyzwanie. Czuliśmy się jak himalaiści w czasie ataku szczytowego. Jeden krok w górę, chwila przerwy na złapanie oddechu i zebranie sił przed kolejnym krokiem naprzód. Plecaki sprawiały wrażenie, że ważą dwa razy tyle co w momencie zarzucenia ich na plecy. Jeszcze kilkadziesiąt metrów. Budynek obserwatorium nie był już tak odległy jak jeszcze kilka godzin temu, był już prawie na wyciągnięcie ręki. Kilkanaście metrów, kilka kroków i jestem! Wykończony zrzuciłem plecak i odczułem niesamowitą ulgę. Kilka chwil po mnie na szczyt Popa Iwana (2028 m) dotarła Ela. Koniec na dzisiaj! Robota wykonana! Pokonaliśmy tego dnia niecałe 25 km i 1750 m przewyższenia w 10 h maszerując praktycznie bez przerwy z plecakami ważącymi nieco ponad 20 kg. Wow! Zdecydowanie wystarczyło, żeby nas zniszczyć. W tamtym momencie zrozumiałem, dlaczego większość osób dzieli ten odcinek na dwie części.

Ela wykończona przysiadła pod obserwatorium, a ja poszedłem rozejrzeć się za miejscem pod namiot. Obszedłem budynek dookoła i nie znalazłem, żadnego sensownego miejsca, gdzie moglibyśmy się rozbić i bylibyśmy osłonięci od wiatru, który wzmagał na sile. W takiej sytuacji zajrzałem do przybudówki obserwatorium, gdzie znajduje się stacja tamtejszych ratowników górskich i zagadałem czy przypadkiem nie możemy się rozłożyć gdzieś na ziemi w budynku obserwatorium. Usłyszałem jednak, że lepiej by było, żebyśmy rozbili sobie namiot. Hm… no trudno, warto było spróbować. Przekazałem Eli wiadomości, że z miejscem pod namiot ciężko, a w budynku nie za bardzo możemy przekimać. Żeby nie siedzieć już na zimnie i wietrze schowaliśmy się w przedsionku stacji ratowników i zastanawialiśmy się co dalej z sobą począć. Szczerze to byliśmy już tak padnięci, że nie miałem siły i ochoty rozbijać tego dnia namiotu, tym bardziej, że zanosiło się na to, że nadchodząca noc będzie dosyć zimna i wietrzna. W sumie niczego innego na wysokości 2000 m się nie spodziewałem, ale liczyłem, że znajdziemy jakieś miejsce osłonięte od wiatru. Stwierdziliśmy, że spróbujemy jeszcze raz zapytać czy aby na pewno nie znajdzie się dla nas jakiś kąt. Tym razem na widok naszych zmarnowanych twarzy nasze błagania zostały wysłuchane i przed nami otworzyły się stalowe wrota do awaryjnego pomieszczenia. Pewnie większość osób na widok jego wnętrza stwierdziłoby, że woli jednak namiot, a my byliśmy w siódmym niebie! Odrapane, kamienne mury pamiętały historię ostatnich dziesięcioleci i przywoływały raczej skojarzenia z surowym, więziennym klimatem Alcatraz, niż miejscem bezpiecznego schronienia. W tamtej chwili jednak czuliśmy się jakbyśmy wygrali na loterii nocleg w 5* hotelu! Nie przeszkadzał nam surowy klimat, nieco wilgoci czy brak światła. Mieliśmy kawałek miejsca dla siebie, nie wiało, nie padało, niczego więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy. W ramach podziękowania za możliwość przenocowania w budynku obserwatorium podzieliliśmy się z ratownikami naszymi zapasami i zostawiliśmy im orzechy, czekoladę i konserwę, które z radością przyjęli.

Nie nacieszyliśmy się za długo naszym nowym „M” na wyłączność, bo po kilkunastu minutach dołączyła do nas grupa Ukraińców. Był wśród nich Filip, który od roku pracuje w Polsce, a dokładnie w Szczecinie. Jak na razie był bardzo zadowolony z pobytu w naszym kraju. Ubolewał jedynie nad tym, że powrót do domu rodzinnego w Zaporożu na zachodzie Ukrainy zajmuje mu 48 h! Filip był chyba pionierem wśród swych znajomych jeśli chodzi o pracę w Polsce, bo przez cały wieczór trwała na ten temat ożywiona dyskusja i opowiadał im jak wygląda życie w naszym kraju. Z uśmiechem przysłuchiwaliśmy się tej rozmowie i staraliśmy się wyłapywać z jego opowieści różnice w życiu w Polsce i na Ukrainie. Jedną z rzeczy, których nie potrafił zrozumieć w naszym kraju było to, że cena biletów komunikacji miejskiej jest taka wysoka. Na Ukrainie miejskie autobusy czy też marszrutki są bardzo tanie i stanowią podstawową formę przemieszczania się większości osób. Sami z resztą się o tym przekonaliśmy w drodze powrotnej do Lwowa, kiedy to podróżowaliśmy marszrutkami i komunikacją miejską w Iwano-Frankiwsku.

W między czasie, kiedy tak gawędziliśmy przestało padać i mogliśmy wspólnie wyjść na zewnątrz, żeby podziwiać zachodzące za widnokręgiem słońce. Niebo zasnute było burzowymi chmurami, których podstawa wisiała nisko nad czarnohorskimi grzbietami. Gdzieś na horyzoncie od czasu do czasu mignęła jeszcze błyskawica oznajmiając, że to jeszcze nie koniec zawieruchy. Biała pierzyna oparów pokryła doliny. Dzień dobiegał końca, a oznajmiał to mieniący się w ciepłych odcieniach żółci, pomarańczu i czerwieni nieboskłon. Gra świateł, chmur oraz otaczających dookoła gór wyglądała cudownie. Kiedy słońce ostatecznie schowało się za linią horyzont udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Mimo gwarnego towarzystwa zasnęliśmy niemal od razu, by po kilku godzinach błogiego snu o wschodzie słońca rozpocząć kolejny dzień. Ale o tym w następnej części naszych ukraińskich wojaży.

Link do śladu naszego śladu GPS:
https://www.wikiloc.com/gorsaprzygoda.pl-czarnohora-dzien-3

Write A Comment

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!