Zbudzeni pierwszymi promieniami słońca wychyliliśmy czubki nosa ze śpiworów. Noc spędziliśmy nieco poniżej przełęczy Vršič podziwiając migoczące milionem gwiazd niebo. Zmęczeni i trochę nie wyspani opieraliśmy się przed tym, by na dobre rozpocząć kolejny dzień. Rześkie, poranne powietrze ułatwiło nam zadanie i postawiło nas na nogi. Rozpościerające się wokół nas widoki dokończyły dzieła wybudzenia i byliśmy gotowi do działania. W końcu mieliśmy „robotę” do zrobienia. Naszym ostatnim celem wyjazdu w Alpy Julijskie był Prisojnik. Mierzący 2547 m n.p.m. szczyt tworzy potężny masyw, który góruje ponad Kranjską Górą. Mimo swojego ogromu oraz kilku nieco trudnych, via-ferratowych dróg stanowi częsty cel wycieczek. Głodni wrażeń i niepocieszeni tym, że nie udało nam się zjechać na ZipLine w Planicy wybraliśmy drogę „przez okno”. Wejście na Prisojnik tą drogą to ferrata wyceniana na B/C, poprowadzona przez potężne okno skalne. Orzeźwieni poranną aurą podjechaliśmy z powrotem na przełęcz Vršič skąd ruszyliśmy na szlak. Początkowy fragment trasy prowadził szutrową drogą.

Minęliśmy schronisko Tičarjev Dom i doszliśmy do rozwidlenia szlaków, na którym znajdowała się tablica opowiadająca pewną legendę. Otóż Prisojnik znany jest przede wszystkim z potężnego okna skalnego, drugiego, trochę mniejszego okna skalnego oraz wizerunku skalnego przedstawiającego kobiecą twarz. Legenda głosi, że dawno, dawno temu żyła sobie szeptunka, taka dobra wiedźma 😛 Pomagała ona alpinistom oraz pasterzom w górach. Potrafiła także przepowiadać przyszłość nowonarodzonym dzieciom. Pewnego razu przepowiedziała urodzonemu w Trencie chłopcu, że będzie dzielnym, odważnym i nie mającym żadnej konkurencji myśliwym, który ustrzeli białą kozicę ze złotymi rogami przez co stanie się niezwykle bogaty. Gdy dowiedziały się o tym pozostałe dobre wiedźmy, przeklęły ją i kiedy ta wróciła do swego domu na Prisojniku zamieniła się w skałę. Od tamtej pory spogląda ona swym pustym spojrzeniem na przechadzających się u podnóża ściany Prisojnika.

My nie mieliśmy zamiaru zamieniać się w skałę i ruszyliśmy dalszą drogę w stronę ferraty. Aby się do niej dostać trzeba zejść nieco w dół leśną ścieżką, aż do podstawy ściany. Po drodze minęliśmy jeszcze odejście szlaku, który poprowadzony jest spod schroniska Erjavčeva Koča. Nie wiem czy to dlatego, że wcześnie wyszliśmy, czy jednak mało osób decyduje się na pokonanie tej drogi, ale przez cały ten czas byliśmy sami. Po ubraniu niezbędnego ekwipunku do pokonywania żelaznych dróg wpięliśmy się w końcu w stalową linę i ruszyliśmy do przodu.

Ku mojemu zaskoczeniu już pierwsze metry ferraty okazały się całkiem, całkiem i trzeba było się trochę nagimnastykować, żeby odpowiednio pokonać pierwsze trudności. Po małym trawersie linia naszej drogi ostro, prawie pionowo pnie się w górę. To lubimy najbardziej 😀 Po mocnej rozgrzewce na początku dalsza część drogi wiła się na przemian raz po ubezpieczonych skałach, raz górską ścieżką. Przez cały czas spoglądała nas Ajdovska Deklica, jak nazywana jest kobieta z legendy. Po jakimś czasie dogonił nas Słoweniec oraz kolejne dwie osoby i jak się okazało była to para z Gdańska 😀 Jaki ten świat jest mały. Człowiek jedzie setki kilometrów poza granice kraju i na miejscu spotyka rodaków 😛 Już niejednokrotnie miałem okazję się o tym przekonać, że gdziekolwiek bym nie pojechał zawsze spotkam tam ludzi z nad Wisły 😀 Chwilę porozmawialiśmy po czym puściliśmy ich przodem, nam się nigdzie nie spieszyło.

My tu gadu, gadu, a nasza droga stała się bardziej interesująca. Po fragmencie poprzeplatanym kosówką przed nami do pokonania była już tylko skała. Wspomniany wcześniej Słoweniec, mimo wielu już wiosen na karku, wyznaczał nam przebieg naszej drogi, przynajmniej do czasu kiedy nie zniknął nam z oczu. Na naszej drodze zaczęły pojawiać się kluczowe trudności. Najpierw nieco dłuższy, powietrzny trawers, na którego końcu czekała na nas największa atrakcja ferraty. Wysoki na kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt metrów nieco, przewieszony komin. Jego pokonanie sprawiło nam naprawdę wiele satysfakcji i oboje mieliśmy ochotę wykrzyczeć: „Ja chcę jeszcze raz!”.

Kilka chwil później naszym oczom ukazało się po raz pierwszy słynne skalne okno. Swoimi rozmiarami robi naprawdę ogromne wrażenie. Aby móc spojrzeć na jego drugą stronę trzeba było podejść nieco stromym oraz mocno osypującym się żlebem w górę. Jak się okazało był to kluczowy fragment dla Eli, która najzwyczajniej w świecie się zablokowała i nie chciała dalej iść po piarżystej ścieżce. Podejście ciągnęło się w nieskończoność. Po prośbach i błaganiach w końcu udało się dotrzeć w nieco bardziej spójny teren i ruszyć do przodu. Końcówka podejścia to spora, ubezpieczona w klamry ściana. Nareszcie możemy spojrzeć co jest po drugiej stronie!

Kiedy wychyliłem głowę zza skały przed moimi oczami, niczym nie skrępowany, skubał sobie trawki koziorożec. Chwilę poobserwowaliśmy go sobie i ruszyliśmy tak, aby go nie spłoszyć. Dalsza droga na szczyt wiedzie granią. Miejscami jest ona ubezpieczona stalową liną, podobnie jak na Triglavie. Trochę czasu zajęło nam przejście przez okno Prisojnika więc staraliśmy się podkręcić tempo na grani, ale szczyt jak na złość pozostawał daleko przed nami. Popołudniowe chmury gęsto snuły się po niebie i mieliśmy mocne obawy, że spadnie z nich spory deszcz. Aby wyprawa odniosła sukces w postaci zdobytego szczytu Ela postanowiła się poświęcić i poczekać na mnie schowana na grani, a ja poleciałem w ekspresowym tempie w kierunku wierzchołka Prisojnika, który w końcu wyłonił się przede mną.

Mimo kontaktu wzrokowego z najwyższym punktem góry mój samotny wyścig z czasem zajął mi ok. 20 min. W końcu udało mi się stanąć na szczycie. Panorama na wszystkie strony świata była rewelacyjna, nawet pomimo znajdujących się dosyć nisko chmur, które ograniczały jeszcze dalsze podziwianie widoków. Na horyzoncie widać było wszystkie julijskie olbrzymy tj. Triglav, Razor, Mangart, Jalovec i Škrlatice. Największe wrażenie zrobił na mnie chyba Razor, który ze względu na swoje położenie jest dosyć niedostępny i jego zdobycie jest bardzo wymagające. Na wierzchołku spędziłem ledwie kilka minut, wpisałem się do książki wejść, zrobiłem parę fotek (niestety telefonem, bo w aparacie padła mi bateria 🙁 i ruszyłem w drogę powrotną do oczekującej na mnie Eli 🙂

Kilkanaście minut później schodziliśmy już razem w stronę okna, gdzie mijany wcześniej koziorożec w dalszym ciągu spokojnie skubał sobie trawki 😀 Od okna droga w dół nie była już tak wymagająca i prowadziła wąską ścieżką po porośniętym trawą zboczu. W godzinę dotarliśmy na Gladki Rob (1870 m) skąd już w zasięgu wzroku mieliśmy przełęcz Vršič. Przed nami do pokonania pozostał ostatni fragment szlaku w postaci trawersu ogromnego piarżyska opadającego pod zachodnią ścianą Prisojnika oraz końcowy odcinek szlaku poprowadzony przez kosówkę. Kiedy dotarliśmy do kolejnego miejsca, w którym spotykały się szalki, skierowaliśmy się oczywiście w kierunku przełęczy. Kierunek marszu się zgadzał, ścieżka była, nawet oznaczenia szlaku były, wszystko było ok, dopóki ścieżki nie zaczął porastać coraz większy gąszcz kosodrzewiny przez, którą trzeba było się przeciskać, a oznaczenia szlaku stawały się coraz bardzie wyblakłe i ledwo widoczne na skale. Jak się kilkadziesiąt metrów dalej okazało weszliśmy w jakiś stary wariant szlaku, który już był nie aktualny, ale koniec końców łączył się z teraźniejszą drogą więc szczęśliwie wróciliśmy na przełęcz Vršič.

Po wejściu na Prisojnik pojechaliśmy na nocleg do naszej ulubionej babci Tonki, gdzie w bardzo przyjaznej i prawie, że rodzinnej atmosferze spędziliśmy wieczór. Mieszanką angielsko-polsko-niemiecko-włosko-słoweńską wspominaliśmy nasz czerwcowy pobyt oraz rozmawialiśmy o górskich podróżach. Okazało się nawet, że Pani Tonka odwiedziła nasze Tatry i zdobyła m.in. Rysy oraz Gerlach 🙂 Atmosfera była wyśmienita, a otwartość oraz życzliwość miejscowych ludzi zachęcała do pozostania na dłużej. Żal było wyjeżdżać następnego ranka. Po śniadaniu oraz porannej partii Yengi wyruszyliśmy niestety w drogę powrotną do Polski. Ela zakochała się w Słowenii, o której wcześniej nie chciała słyszeć, ja tylko jeszcze mocniej się utwierdziłem w przekonaniu, że jest to cudowne miejsce. Przepiękny kraj, zamieszkany przez wspaniałych ludzi, do którego jeszcze niejednokrotnie wrócimy z uśmiechem na ustach. Już czekam tylko na najbliższą okazję kiedy będę mógł spakować plecak i ruszyć w kolejną podróż w Alpy Julijskie

2 komentarze

    • Jak widać po naszych podróżach my też uwielbiamy góry 🙂 dzięki za odwiedziny i zapraszam częściej podziwiać górskie pejzaże 🙂

Write A Comment

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!