Po niespodziewanym, aczkolwiek bardzo udanym barbeque ruszyliśmy dalej w kierunku jeziora Akna. Nad jego brzegiem planowaliśmy kolejny biwak. O spotkaniu z Ormianami oraz o tym jak zdobywaliśmy Ahzdahak możecie przeczytać tutaj. Pogoda nas nie rozpieszczała. Po krótkiej chwili bez opadów znów zaczął padać deszcz i grad, który pomalował na biało okoliczne wierzchołki wygasłych wulkanów.

Mimo niesprzyjającej aury humory nam dopisywały. Nie mogliśmy się nadziwić i nacieszyć ormiańską gościnnością i otwartością. Od razu dało się odczuć, że jest taka prawdziwa, autentyczna, bezinteresowna i niewymuszona. Nie wiem czy to przez krążący w żyłach bimber, czy przez okazaną przez Ormian życzliwość, ale na sercu było mi jakoś cieplej. Człowiek planuje wyprawę, stara się przewidzieć różne sytuacje, ale to życie pisze najlepsze scenariusze. To był dopiero drugi dzień naszej armeńskiej przygody, a już zdążyliśmy doświadczyć tyle dobrego. I te zbiegi okoliczności. Najpierw kierowcy, którzy poratowali nas wodą, później pośrodku niczego mamy się gdzie schronić przed paskudną pogodą i zapełnić nasze brzuchy lokalnymi pysznościami. Skoro teraz jest tak dobrze to co będzie dalej? Nie ma co ukrywać. Szczęście było po naszej stronie! 😉

Po jakimś czasie na horyzoncie wyłoniło się jezioro Akna. Kiedy dotarliśmy nad jego brzeg, pogoda zaczęła się nieco poprawiać. Rozejrzeliśmy się za dogodnym miejscem pod namioty i ostatecznie rozbiliśmy się za niewielką kępką krzaków. Nie łudziliśmy się za bardzo, że ochronią nas od wiatru, ale na bezrybiu i rak ryba. Wieczorem rozpogodziło się na tyle, że załapaliśmy się na całkiem przyjemny zachód słońca. Mimo że temperatura powietrza przekraczała ledwo kilka stopni powyżej zera, słońce swoim ostatnimi promieniami nadało wszystkiemu wokół ciepłych, przyjemnych kolorów. Było magicznie! Wszystko co widzieliśmy w tym momencie mieliśmy tylko dla siebie. Stożki wygasłych wulkanów, jezioro Akna, my i nic więcej. Kiedy słoneczna tarcza ostatecznie zniknęła za horyzontem zrobiło się jeszcze zimniej. Nie pozostało nam nic innego jak wskoczyć do ciepłych śpiworów i śnić o kolejnych przygodach.

Następnego dnia przywitały nas promienie słońca. Zapowiadał się piękny dzień, a o wczorajszej niepogodzie przypominały jedynie przyprószone gdzieniegdzie na biało wierzchołki Aghusar. W planach mieliśmy luźniejszy dzień i wejście na jeden z otaczających nas stożków wulkanicznych. Wybór padł na Gekhmagan (3319 m) znajdujący się na południowy-zachód od jeziora Akna. W czasie, kiedy przygotowywaliśmy się do wyjścia, podeszli do nas pasterze, którzy zdążyli już wyruszyć ze swoimi owcami na wypas. Zamieniliśmy z nimi parę słów po czym każdy wrócił do swoich zadań. Na szczyt wyruszyliśmy na lekko zabierając ze sobą tylko najważniejsze rzeczy.

Jako, że w Armenii nie ma wyznaczonych szlaków turystycznych obraliśmy azymut na południowe zbocze Gekhmagana. Podejście od tej strony wydawało się najłatwiejszą opcją zdobycia tego szczytu. W drodze na szczyt spotkaliśmy pasterza, który powiedział nam, że na szczycie jest stalowy pręt. Od wspomnianego pręta należy odliczyć siedem kroków i siedem razy rzucić w jego kierunku kamieniem. Jeśli trafimy w pręt przyniesie nam to szczęście. Hmm… Podziękowaliśmy za radę i ruszyliśmy dalej. Podejście na Gekhmagan nie było szczególnie skomplikowane i wybór drogi południowej okazał się jak najbardziej słuszny. Zanim dotarliśmy na szczyt po raz pierwszy ujrzeliśmy ledwo widoczny wierzchołek Araratu! Świętej góry Ormian, która niestety po ludobójstwie ormiańskiej ludności znajduje na terenie Turcji. Będąc na szczycie Gekhmagana mieliśmy jak na dłoni jezioro Akna oraz wyrastające wokół niego stożki wulkaniczne.

Kiedy wróciliśmy nad jezioro zobaczyliśmy, że niedaleko naszych namiotów nad brzegiem jeziora stoi stary radziecki Ził, krząta się paru gości, słychać muzykę, a w powietrzu unosi się dym. Yhyy czyżby znów męski wypad? Stwierdziliśmy, że poczekamy na rozwój wydarzeń.

Korzystając z dobrej pogody poszliśmy z Adrianem popływać w lodowatych wodach jeziora Akna. Kiedy my korzystaliśmy z darmowej krioterapii do Eli podszedł pogadać jeden z pasterzy, których spotkaliśmy rano, a kilka chwil później podeszło  jeszcze dwóch gości, którzy rozbili się nad brzegiem.

Jak się okazało przyszli oni zaprosić nas wszystkich na… tak, dobrze myślicie, na barbeque i baran szaszłyk. Parafrazując co nieco chciałoby się powiedzieć: „Ach! Co to był za baran szaszłyk”! 😉 Na początku wszyscy byli nieco nieśmiali i niemrawi, ale kiedy tylko baran zaczął nabierać rumieńców na grillu, tak też i na naszych twarzach zaczęły pojawiać się rumieńce od płynnej integracji. Zaczynało robić się coraz weselej.

Kiedy baranina była gotowa, zgodnie z ormiańską tradycją Ela, jako najmłodszy uczestnik imprezy miała za zadanie zdjąć ją ze szpikulców. Na prowizorycznym stole, podobnie jak poprzedniego dnia, wylądował świeży ser, zioła, lawasz, chleb oraz warzywa. A do tego wszystkiego bimber. Dużo bimbru, którego spożywaniu towarzyszyły liczne toasty oraz okrzyki „Brat pijem”! Zdecydowanie muszę przyznać, że w życiu nie jedliśmy i pewnie nie będziemy już jeść smaczniejszej baraniny!

Impreza rozkręciła się na dobre więc towarzystwo postanowiło się trochę rozerwać 😉 Na pierwszy strzał poszedł osiołek jednego z pasterzy, który dołączył do popijawy. Słowo „strzał” może nie jest tutaj do końca na miejscu, ale gwarantuję, że osiołkowi nic się nie stało. Jedno z nas również spróbowało przejażdżki na osiołku. Niestety dostałem szlaban na opowiadanie tej historii i nic więcej nie napisze, ale zapewniam Was, że była kupa śmiechu 😛 Osiołek poszedł w odstawkę, kilkukrotnie padło znów hasło „Brat pijem”! Po kilku kolejkach przyszedł czas na tańce! A co! Jak impreza to impreza! Z samochodowych głośników popłynęła muzyka, a my oddaliśmy się tanecznym pląsom!

W międzyczasie skończyła się baranina więc Ormianie postanowili zatroszczyć się o kolejną porcję. Tak, dobrze widzicie, to ta sama owieczka, którą kilka zdjęć wcześniej widzieliście przywiązaną do ciężarówki. Jeden z pasterzy sprawnie zajął się owieczką. Musiało być jej strasznie gorąco, bo szybko zrzucała swoje futerko.

Ormianie nie przestali nas zaskakiwać w zapewnianiu atrakcji i wyszukiwaniu rozrywek. Po tańcach mogliśmy sobie… postrzelać! A jakże by inaczej! Z ostrej amunicji. Atmosfera była naprawdę gorąca, a zapasy bimbru sugerowały, że możemy nie przeżyć tej imprezy więc zaczęliśmy się z niej powoli wykręcać i wycofywać, bo w planach mieliśmy jeszcze zejście do Sevaberd. Ciężko było podziękować za ich gościnność i ich nie obrazić, ale po kilku rozchodniakach i pożegnalnych toastach w końcu udało nam się ewakuować.

Kiedy ja z Adrianem pakowałem namioty, Ela odwracała uwagę towarzystwa i jeździła na koniu. Chłopaki nie dawali jednak za wygraną i próbowali nas zatrzymać krzycząc cały czas „Brat pijem! Sevaberd zavtra!”. Koniec końców udało nam się zwinąć i ruszyć w kierunku Sevaberd. Nasze przejście przez Góry Gegamskie, postanowiliśmy przerwać z uwagi na to, że przez najbliższe dni miała być bardzo dobra pogoda nad Aragatsem, który był głównym celem naszego wyjazdu. Stąd  właśnie zejście do Sevaberd.

W drodze do Sevaberd spotkaliśmy kolejnych pasterzy. Nawet nie pamiętam, kiedy oddałem jednemu z nich aparat i kiedy powstało poniższe zdjęcie, ale Ela mówi, że koń nazywał się Laila 😛 Co tu dużo mówić… Szło się ciężko, a jeszcze cięższe plecaki zamiatały nami na prawo i lewo więc przerwy przydarzały nam się często i trudno było później ruszyć.

Ostatecznie do Sevaberd dotarliśmy po zachodzie słońca. Zapytaliśmy pierwszych napotkanych ludzi, gdzie możemy przenocować. W odpowiedzi Ormianin machnął ręką wskazując na swój dom i stwierdził, że możemy spać u niego. Kiedy weszliśmy do środka i ledwo co usiedliśmy, na stole pojawiła się kolacja. Gospodyni zaczęła krzątać się koło nas pytając czy jeszcze czegoś nam nie potrzeba. Mogliśmy skorzystać też z prysznica z czego bardzo się ucieszyliśmy i chętnie skorzystaliśmy. Była to nasza pierwsza kąpiel od paru dni 😛

Nasi gospodarze mieli dwójkę dzieci: córkę i syna, którzy chodzili jeszcze do szkoły. Córka potrafiła trochę po angielsku więc jako tako udawało nam się z nimi porozumieć, resztę załatwiał translator Googla, bo w Sevaberd mieliśmy już zasięg. I kiedy tak rozmawialiśmy wieczorem po kolacji z jej strony padła propozycja, żebyśmy rano poszli z nią do szkoły i porozmawiali z jej nauczycielką angielskiego. Oczywiście nie zastanawialiśmy się ani przez moment i na propozycję chętnie przystaliśmy.

Do szkoły w Sevaberd chodzi łącznie raptem 18 dzieciaków i nie rzadko się zdarza, że w klasie jest tylko jeden uczeń, a więc chcąc, nie chcąc skazany jest na nauczanie indywidualne. Klasy są malutkie, ale naszą uwagę zwróciło bardzo dużo akcentów związanych z wojskowością. Mi szczególnie spodobał się plakat pokazujący budowę AK-47 i sposób jego użycia. Nauczycielka angielskiego nie była zbyt rozmowna więc szybko zmyliśmy się ze szkoły, żeby nie przeszkadzać w lekcjach.

Kiedy wróciliśmy do naszych gospodarzy czekała już na nas taksówka, którą dla nas załatwili. Oczywiście chcieliśmy odwdzięczyć się za gościnność i przyjęcie pod swój dach i zapytaliśmy ile mamy za wszystko zapłacić. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że nic nie musimy płacić, a jeśli już coś chcemy to co łaska. Długo się nie zastanawialiśmy i zostawiliśmy 12000 AMD. Z Sevaberd pojechaliśmy z powrotem do Erywania. Nasz kierowca wczuł się w rolę przewodnika i opowiadał nam po drodze o wszystkim, a my kiwaliśmy tylko głowami przytakując, bo i tak nic nie rozumieliśmy 😀 W stolicy zrobiliśmy szybkie zakupy i kolejną taksówką udaliśmy się do wioski Aragats, skąd planowaliśmy podejście na najwyższy szczyt Armenii.

Informacje praktyczne:

 

Dziękujemy za wsparcie naszej wyprawy:

Viking polska Lyofood Sea to Summit

Write A Comment

Podobał Ci się wpis?

Znalazłeś interesujące Cię informacje?

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!

Nic Cię to nie kosztuje, a nas zmotywuje do dalszej pracy 🙂