Mówi się, że po burzy zawsze wychodzi słońce. Miałem cudowną okazję się o tym przekonać następnego poranka witając nowy dzień na szczycie Popa Iwana. Kilka minut przed świtem wygrzebałem się z pryczy w naszym przytulnym „apartamencie” i wspólnie z większą częścią ukraińskiej grupy wyczekiwałem przed budynkiem obserwatorium na ten magiczny moment. Ela stwierdziła, że jej się nie chce i obróciwszy się na drugi bok poszła spać dalej. Trudno, niech żałuje. Powietrze było rześkie i nieco chłodne, od razu postawiło mnie na nogi. Niebo nad linią horyzontu rozświetlała już łuna wschodzącego słońca. Po kilku chwilach ponad górskimi grzbietami wyłoniło się i ono. Nastał nowy, piękny dzień.

Niby nie stało się nic nadzwyczajnego, słońce jak co dzień wykonało swoją pracę i pojawiło się na niebieskim firmamencie, ale w tym ułamku sekundy, kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły ogrzewać moją zziębniętą twarz było coś magicznego, ulotnego. Stałem tak przez moment i napawałem się tą piękną chwilą. Kiedy słońce wzniosło się już nieco ponad Góry Pokuckie wróciłem do budynku obserwatorium, gdzie czekała już na mnie przepyszna kawa lwowska, którą poczęstowali nas Ukraińcy. Po kilku dniach bycia na kofeinowym detoksie moje kubki smakowe oszalały, a ciało dostało porządnego kopa do działania 😉

Nie śpiesząc się specjalnie ogarnęliśmy się ze śniadaniem i pakowaniem plecaków po czym wyruszyliśmy w dalszą drogę. Tego dnia nie mieliśmy już w planie tak intensywnego trekkingu, na dodatek większa część trasy prowadziła z górki więc mogliśmy sobie pozwolić na luźniejsze tempo 🙂 Z Popa Iwana zeszliśmy z powrotem na obniżenie grani, w którym odbija żółty szlak na Smotrec. Ehh… I pomyśleć, że poprzedniego wieczoru z trudem stawialiśmy pod górę kolejne kroki… W tym miejscu pożegnaliśmy się z główną granią Czarnohory i odbiliśmy w stronę wspomnianego Smotreca. Z tzw. Przełęczy nad Kwadratem widzieliśmy w kotle doliny Pohorylca Wielkiego ruiny przedwojennego schroniska górskiego należącego do Akademickiego Zrzeszenia Sportowego (AZS) z Warszawy. Aktualnie jest to dobre miejsce na biwak niedaleko, którego znajduje się źródło wody. Będąc na przełęczy mieliśmy dylemat czy schodzić do Dzembroni niebieskim szlakiem prowadzącym przez wierzchołek Smotreca czy odbić w kierunku skalnych formacji z Uchatym Kamieniem na czele. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na ten drugi wariant.

Jak się okazało był to trafny wybór, bo skalne ostańce ciekawie wpisywały się w krajobraz i stanowiły miłą odmianę dla oka od rozległych połonin. Po zejściu do kotła, gdzie swój początek ma potok Munczel, który tworzy niewielki wodospad pod Iliuchową schowaliśmy się pod koronami drzew przed żarem lejącym się z nieba. W towarzystwie szumiącego potoku, maszerując leśną ścieżką doszliśmy na niewielką polankę, na której zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Miejsce było cudowne. Cisza, spokój, dookoła góry, piękna pogoda i my. Ciężko było nam ruszyć w dalszą drogę. Nieco ociągając się, po uzupełnieniu zapasów wody do picia (obok polanki znajdują się dwa źródełka) kontynuowaliśmy nasze zejście do Dzembroni. Po kilku chwilach dotarliśmy na Połoninę Smotrec, na której zamykała się pętelka niebieskiego szlaku prowadząca na szczyt Smotreca. Z połoniny do Dzembroni zeszliśmy w niecałą godzinę. Jeśli ktoś wybierałby się przypadkiem w Czarnohorę i miał w planach jednodniowe wypady w góry z czystym sumieniem możemy polecić niebieską pętlę przez Smotrec i Uchaty Kamień. Jest naprawdę malownicza i widokowa.

W Dzembroni przy sklepie natrafiliśmy po raz kolejny naszych rodaków, których wcześniej mieliśmy okazję kilka razy mijać na grani. Od razu dosiedliśmy się do stolika i rozpoczęliśmy przyjemną pogawędkę, która rozciągnęła się trochę w czasie i ilości wypitych piwek. Wszak było bardzo gorąco, a na grani mieliśmy przecież niedobory wody więc trzeba było uzupełnić płyny. W ogóle to okazało się, że poznani przez nas towarzysze są przyrodnikami, leśnikami, biologami, zoologami, ichtiologami – krótko mówiąc kochali zwierzątka i przyrodę. Towarzystwo było jak najbardziej pozytywnie zakręcone na punkcie swoich zamiłowań i przyjemnie nam się dzieliło swoimi podróżniczymi doświadczeniami. Jako, że pora była obiadowa na stole zjawiły się pielmieni, które wpałaszowałem nim te zdążyły ostygnąć. Były tak dobre, że z marszu zamówiłem drugą porcję. Dla niewtajemniczonych pielmieni to swego rodzaju małe pierożki z farszem mięsnym. Pyszności! Jeśli przypadkiem natraficie w Lidlu na tydzień ukraiński i jakimś cudem znajdziecie na półce pielmieni to nie zastanawiajcie się za długo, bo jeśli odwrócicie się na moment po chwili już ich może nie być. Rozchodzą się błyskawicznie. Wcale mnie to nie dziwi, bo są przepyszne. Po obiedzie nadszedł czas na pożegnanie naszych nowych znajomych, na których czekała już marszrutka.

Nim wyruszyliśmy w dalszą drogę zrobiliśmy jeszcze w miejscowym sklepiku zakupy zaopatrując się w słodycze marki Roshen, kawę lwowską, którą mieliśmy okazję pić na Popie Iwanie oraz piwko na wieczór. Zostawiliśmy przy tym sowitą nadpłatę gospodyni, która stała za ladą i podliczała nasz rachunek na… dużym, drewnianym liczydle! Pani widząc nadmiar gotówki strasznie się oburzyła i powiedziała, że tak nie wolno, ale w końcu po naszych zapewnieniach, że wszystko jest ok, przyjęła ją i schowała pod ladą. Naprawdę ciężko jest mi zobrazować, jak skromnie i ubogo żyje się ludziom w małych wioskach na peryferiach Ukrainy. Dlatego staraliśmy się chociaż w małym stopniu wspomóc napotkanych na swojej drodze miejscowych kupując od nich swojskie produkty po cenie wyższej niż deklarowli.

W Dzembroni przesiedzieliśmy trochę czasu i nadeszła już najwyższa pora ruszyć w kierunku Chatki u Kuby, gdzie zamierzaliśmy przenocować. Chatka znajduje się po północnej stronie grzbietu o nazwie Koszaryszcze i z Dzembroni można tam dojść żółtym szlakiem.

Spod sklepu ruszyliśmy wzdłuż potoku w głąb wioski, by po minięciu cerkwii przekroczyć na drugą jego stronę. Mijając ostatnie zabudowania szlak powoli wznosił się w górę. Wyszliśmy na niewielkie wzniesienie, z którego mogliśmy podziwiać rozciągającą się przed nami grań Czarnohory z górującym ponad wszystkim Popem Iwanem, na szczycie którego wyraźnie odznaczał się budynek obserwatorium. Dalsza droga prowadziła znów nieco w dół doliny. Kiedy znaleźliśmy się na jej dnie po raz kolejny przyszło nam pokonać górski potok. Miejsce było dość ustronne i długo się nie zastanawiając stwierdziliśmy, że jest to idealne miejsce na to by się nieco odświeżyć po kilku dniach spędzonych na grani. Ubrani w strój Adama i Ewy, w promieniach popołudniowego słońca wskoczyliśmy do zimnej wody potoku 😛 Mimo temperatury wody wywołującej gęsią skórkę przyjemnie było spłukać z siebie trud kilku dni wędrówki. Orzeźwieni i pobudzeni lodowatą kąpielą ruszyliśmy z kopyta w górę Koszaryszczy. Po drodze natrafiliśmy na gospodarstwo, w którym udało nam się zaopatrzyć w świeżutki, domowej roboty ser. Teraz nieco żałujemy, że nie zostaliśmy tam na noc, bo rano czekałoby na nas mleko prosto od krowy 😛

Wieczór zapowiadał się ciekawie. W zanadrzu mieliśmy już w plecakach piwko, które kupiliśmy w Dzembroni teraz dorzuciliśmy jeszcze biały ser. Mieszanka wybuchowa 😉 Gospodarstwo znajdowało się nieco poniżej grzbietu więc dojście do chatki u Kuby, która znajduje się po jego drugiej stronie zajęło nam już krótką chwilę.

Przeczytaj także:

Jak zorganizować wyjazd w Czarnohorę? Praktyczny poradnik!

Początek przygody z Czarnohorą. Wejście na Pietrosa.

Wejście na Howerlę – najwyższy szczyt Ukrainy oraz przejście grani Czarnohory.

 

Znalezione w internecie opisy chatki przypisują jej miano kultowej. Wszystko za sprawą jej gospodarza, Kuby Węgrzyna, który kilkanaście lat temu ukraińską Czarnohorę wybrał na swój dom. Od tego czasu kolejna prowadzona przez niego chata jest oazą dla wędrujących po Czarnohorze turystów.

Do chaty dotarliśmy wieczorem. Wyłoniła się ona przed nami na niewielkiej połoninie w promieniach chylącego się już ku czarnohorskim grzbietom słońca. Kiedy przekroczyliśmy jej próg znaleźliśmy się w huculskim świecie. Na ścianach wisiały ludowe pamiątki, narzędzia, huculskie stroje i prawosławne ikony. Przywitaliśmy się z gospodarzami, dogadaliśmy nocleg i weszliśmy na poddasze znaleźć sobie kawałek miejsca do spania. Mimo, że większość miejsca była już zajęta na chatce nie było zbyt wiele osób. Większość gości chatki wędrowała jeszcze po okolicznych, dawnych i nie utartych szlakach, które Kuba stara się na nowo dla turystów odkryć. Mając dla siebie cały wieczór wyszliśmy z powrotem na górę połoniny Koszaryszcze, gdzie rozłożyliśmy się na trawie i podziwialiśmy roztaczające się przed nami widoki. W scenerii zachodzącego słońca zagryzaliśmy kupiony ser i popijaliśmy piwkiem. Pyszności! I jedno, i drugie oczywiście! Smaczniejszego sera nie jadłem chyba nigdy wcześniej w życiu.

Po zachodzie słońca chata ożyła. We wspólnym pomieszczeniu, gdzie znajdowała się kuchnia wszyscy usiedli przy dużym stole i rozpoczęli barwne opowieści podsycane miejscowym samogonem. Momentami było całkiem zabawnie 😉 O tym jaka atmosfera panuje na chacie i jakie poglądy ma jej gospodarz niech każdy przekona się sam. Zanim położyliśmy się spać wyszliśmy jeszcze na zewnątrz, gdzie w nocnych ciemnościach podziwialiśmy migającą nad nami nieskończona liczbę gwiazd i rysującą się na nieboskłonie drogę mleczną. Widok był naprawdę przecudny! Chyba najwyższy czas zainwestować w odpowiedni sprzęt foto, którym mógłbym to uwiecznić i podzielić się z Wami.

Nie mam pojęcia, w którym momencie zasnąłem. Prawdopodobnie stało się to wtedy, kiedy tylko moja głowa dotknęła poduszki. O poranku ciężko nam było wygramolić się ze śpiwora, bo spało się wyjątkowo dobrze. Na szczęście nie musieliśmy się zrywać z łóżka skoro świt, bo tego dnia kończyliśmy już naszą górską przygodę i czekało nas tylko i aż zejście do Wierchowiny. Na spokojnie ogarnęliśmy nasze rzeczy, przygotowaliśmy śniadanie, które zjedliśmy na werandzie chaty. Poranne słońce grzało już niemiłosiernie. Na szlak wyruszyliśmy dopiero około 10. Z chatki podeszliśmy z powrotem na grzbiet Koszaryszcze, którym teoretycznie na mapie poprowadzony jest czarny szlak. Piszę teoretycznie, bo czasami lubi się zgubić w terenie.

Z grzbietu Koszaryszcze rozciągała się fantastyczna panorama grani Czarnohory od Stoha, na którym znajdował się dawniej trójstyk granic II Rzeczpospolitej, Czechosłowacji i Królestwa Rumunii, przez Popa Iwana, aż po odległą Howerlę. Przez pewien czas podążaliśmy połoniną i podziwialiśmy otaczający nas krajobraz. Widoki skończyły się, kiedy ścieżka zniknęła w leśnej gęstwinie. Słowo gęstwina nie jest tutaj wcale na wyrost, bo to właśnie na leśnym odcinku szlaku zdarzało się, że ścieżka niknęła nie wiadomo gdzie, by za jakiś czas odnaleźć się nie wiadomo skąd. W pewnym momencie ścieżka wyprowadziła nas na niewielką polankę otoczoną drewnianym ogrodzeniem, przy którym stała szopa. Kiedy mieliśmy już przeskakiwać przez te ogrodzenie usłyszeliśmy nagłe poruszenie w szopie. Zawahałem się przez moment co robić dalej i poczekałem na rozwój sytuacji. Długo nie musiałem czekać na to co się wydarzy, bo w mgnieniu oka z szopy wybiegł koń, który stanął naprzeciwko nas i zagrodził nam drogę. Za nic w świecie nie miał zamiaru się stamtąd ruszyć wiec musieliśmy poszukać alternatywnej drogi zejścia. Okazało się, że do szopki prowadzi nawet wydeptana ścieżka, ale schodzi ona do czyjegoś gospodarstwa. No nic, najwyżej ktoś nas widłami pogoni! Zaczęliśmy schodzić w stronę widocznej już z góry drogi, która miała nas zaprowadzić wzdłuż szumiącego Czarnego Czeremoszu, aż do Wierchowiny.

Spacer szeroką, szutrową drogą w upalnym słońcu nie należał do przyjemnych, zwłaszcza gdy przejeżdżające samochody wznosiły w powietrze tumany pyłu. Na szczęście w Krasnyku natrafiliśmy na sklep, w którym udało nam się kupić piwo Zakarpackie, dokładnie te, które pierwszego dnia w Czarnohorze tak nam posmakowało. Przepłukaliśmy gardła z kurzu, nawodniliśmy się i pomaszerowaliśmy dalej w stronę Wierchowiny, gdzie planowaliśmy przenocować. Jeszcze nie wiedzieliśmy, gdzie i jak, ale stwierdziliśmy, że jakoś to będzie i jakieś miejsce na pewno znajdziemy 😉

Nie będę Was męczył opisem tego jak szliśmy do miasta, bo ani to, że w między czasie spotkaliśmy sympatycznego 12-letniego Zenka, który czekał przy drodze z pokaźnymi cymbałami na kolejną lekcję, ani to, że mijaliśmy kilka odświętnie przystrojonych pomników Banderowców, ani to, że w dalszą drogę chciał zabrać nas ukraiński taksówkarz w samochodzie na katowickich rejestracjach, ani to jak przechodziliśmy na drugą stronę Czarnego Czeremoszu przez wiszący most, który bujał się na prawo i lewo oraz wiele innych sytuacji, które przytrafiły nam się po drodze nie jest warte odnotowania 😛

No. To ustalmy, że dotarliśmy już do tej Wierchowiny. W pierwszej kolejności odwiedziliśmy dworzec autobusowy, gdzie, jak za starych, dobrych czasów, u Pani w okienku udało nam się kupić bilety na następny dzień na marszrutkę do Iwano-Frankowska. Z biletami w kieszeni rozejrzeliśmy się po mieścinie, w której nie znaleźliśmy w sumie nic ciekawego. Nie mając za bardzo gdzie się podziać zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na nocleg. Wierchowina, jak na standardy czarnohorskie, jest nieco większą mieściną więc musieliśmy odejść kawałek od szeroko rozumianego „centrum” w jakieś ustronniejsze miejsce, gdzie moglibyśmy rozbić nasz namiot. Krążyliśmy tak przez moment uliczkami pośród malutkich gospodarstw i w zasadzie wychodziło na to, że musielibyśmy się rozbić u kogoś na działce, bo innego miejsca nigdzie nie było widać.

Dwa razy nie musieliśmy pytać i już przy pierwszej okazji udało nam się znaleźć trochę miejsca dla siebie w ogródku u Pani Olgi. Starsza, 63-letnia kobieta z początku spoglądała na nas nieufnie, ale kiedy tylko do domu wróciła jej córka, od razu stała się bardzo rozmowna i chętnie opowiedziała nam historię swojego życia oraz to jak się żyje na ukraińskiej wsi. Nawet gdybym w skrócie chciał Wam wszystko opowiedzieć musiałbym poświęcić na to kolejny wpis. Jak to na wsi bywa, jeśli na horyzoncie pojawi się coś nowego od razu wzbudza zainteresowanie miejscowej społeczności. Nie inaczej było w naszym przypadku. Kiedy tylko rozbiliśmy nasz namiot w ogórku Pani Olgi, nagle wszyscy wokół zaczęli spacerować i spoglądać co też się we wsi porobiło i co też te turisty z Polszy chcą. Normalnie sensacja! Niewiele brakowało, a otoczyłaby nas grupka dzieci. Wiecie, obrazek w stylu: małe, czarnoskóre dzieciaki pierwszy raz widzą na oczy białego człowieka. Na szczęście obyło się bez takich scen. Na odwagę zebrał się jedynie Iwan, który podjechał na rowerze i dosiadł się do nas na ławeczce żeby chwilę z nami porozmawiać i poopowiadać o sobie i swojej rodzinie.

Wymowne jest to, że rozmowy z wszystkimi napotkanymi po drodze Ukraińcami miały jeden wspólny mianownik. Była nim praca w Polsce. Nie spotkaliśmy osoby, która nie pracuje lub wcześniej nie pracowała w Polsce, której ktoś z rodziny nie wyemigrował do naszego kraju za chlebem lub też nie ma znajomych, którzy wyjechali do Polski za lepszym życiem. Dopóki nie napotkaliśmy tych ludzi na naszej drodze i nie poznaliśmy ich historii, nie mieliśmy pojęcia, że ukraiński exodus ma takie rozmiary. Smutne, ale prawdziwe. Mógłbym w tym momencie opowiedzieć o losach tych ludzi, ale nie czas i miejsce na to.

Nadszedł jednak odpowiedni moment abyśmy w końcu poszli spać. Wszystko było by ok, gdyby nie to, że w środku nocy obudziło nas, hm… węszenie? sapanie? fuczenie? Nie wiem jak to opisać, ale brzmiało co najmniej dziwnie i słyszeliśmy wyłącznie te dźwięki. Żadnych oznak ruchu, jakiegoś ocierania się o namiot, nic. Tylko to nie dające spać fuczenie! Nie dawało mi to żyć, a w zasadzie spać więc uzbrojony w czołówkę otworzyłem wyjście z namiotu, poświeciłem przed siebie i zobaczyłem… dwa jeże w jednoznacznej sytuacji! Na mój widok w moment zaprzestały amorów i czmychnęły w krzaki. O matko! Gdybym wcześniej wiedział, że jeże wydają takie dźwięki to bym im nie przeszkadzał, jakoś obrócił się na bok i spróbował zasnąć. A tak? Będę miał wyrzuty sumienia jak populacja jeży w Wierchowinie wyginie! 😛 W każdym razie później nastała cisza, którą zakłóciło dopiero pianie koguta o poranku.

Write A Comment

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!