Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy. Tak też było i z naszym bałkańskim tournée. Przez ostatnie kilkanaście dni oddalaliśmy się od domu coraz bardziej na południe. Po zdobyciu Maja e Korabit dotarliśmy do Macedonii, gdzie w końcu odbiliśmy z powrotem na północ. Od domu dzieliło nas ponad 1500 km i trudno było taką trasę pokonać w jednym ciągu. Postanowiliśmy to wykorzystać i w drodze powrotnej zrobić sobie przystanek, aby zdobyć jeszcze jeden szczyt zaliczany do korony Europy. Nasz ostatni górski spacer to wejście na Midżur w Serbii.

Po nocy spędzonej nad malowniczym jeziorem Ochrydzkim wczesnym rankiem ruszyliśmy w stronę Serbii. To właśnie tam miał rozegrać się ostatni górski akt bałkańskiego tripu. Po rozpadzie dawnej Jugosławii najwyższym szczytem Serbii jest Midżur położony na granicy serbsko-bułgarskiej w paśmie Starej Płaniny. Ze swoimi 2169 m n.p.m nie należy do grona najwybitniejszych wierzchołków Starego Kontynentu, ale warto odwiedzić jego rejony dla malowniczej rzeźby gór Starej Płaniny. Mi osobiście bardzo przypominała nasze Bieszczady więc może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Starą Płaninę? 😛

Pod Midżur dotarliśmy po południu po drodze pełnej przygód. O mały włos pośrodku niczego zabrakłoby nam paliwa, a do najbliższej stacji mielibyśmy jakieś 30-40 km. Ojj, czekałby nas długi spacer 😀 Na szczęście w porę zadziałaliśmy i zaliczając trzygodzinne opóźnienie zameldowaliśmy się pod schroniskiem górskim Babin Zub. Znajduje się ono na wysokości 1580 m więc do szczytu pozostało nam już tak naprawdę niewiele. Wiedziałem, że wejście na wierzchołek Midżura to w zasadzie spacerek i czysta przyjemność więc spokojnie mogliśmy sobie pozwolić na tak późne wyjście. Sytuacja uległa nieco zmianie na miejscu.

Otóż nieopodal schroniska znajduje się także restauracja przy górnej stacji wyciągu narciarskiego. Mieliśmy nadzieję, że będzie ona otwarta także, kiedy wrócimy po zdobyciu Midżura, żeby piwkiem uczcić sukces i zakończenie wyprawy. Dowiedzieliśmy się, że knajpa będzie otwarta mniej więcej do 19.30, może do 20.00. No i sprawa się rypła. Na zegarku widniała godzina 16:20, a pierwotny plan zakładał wejście i zejście na spokojnie, bez pośpiechu w czasie ok. 4 h 30 min. Wniosek: nie zdążymy przed zamknięciem! Ale jak to? Nie będzie tryumfalnego piwka?! Tak być nie mogło więc postanowiliśmy wziąć sprawę w swoje ręce, a właściwie to nogi i przyspieszyć wejście i zejście z Midżura do maksimum. W zasadzie to powinienem w tym miejscu założyć na blogu nową kategorię: biegi górskie!

Ela idąc na lekko wystrzeliła jak z procy i podobnie jak w czasie treku na Maja Popadija musiałem za nią gonić. Z resztą Ela zawsze tak reaguje, kiedy na horyzoncie pojawia się zachęta w postaci piwa 😛 Mimo, że na pierwszy rzut oka Midżur wygląda dosyć niepozornie to początkowy fragment szlaku wydaje się temu przeczyć. Wszystkiemu winna była Zarkova Čuka, która jako pierwsza pojawiła się na naszej drodze. Na szczęście wejście na ten szczyt jest nieobowiązkowe, a szlak ostatecznie biegnie nieco poniżej jej wierzchołka. Biegliśmy też i my! Bieganie z dużym plecakiem nie należy do najprzyjemniejszych, a zjedzony kilka chwil przed startem obiad również nie układał się zbyt dobrze. Tak więc nasze wejście miało charakter mocno interwałowy. Kilkadziesiąt metrów podbiegu, trzy głębsze oddechy, kilka spokojnych kroków i znów zryw do biegu.

Drogę na szczyt odmierzały nam napotykane co kawałek tabliczki z podaną odległością jaka pozostała do pokonania. Im bliżej znajdowaliśmy się wierzchołka tym częściej zatrzymywaliśmy się, aby podziwiać rozciągającą się panoramę. Żebyście sobie nie pomyśleli przypadkiem, że to przez brak formy 😛 Naprawdę było co oglądać! Tuż przed szczytem, zamiast mieć już z górki musieliśmy jeszcze bardziej naprężyć mięśnie łydek, bo było jeszcze bardziej stromo. Pojechali w góry i się dziwią, że pod górkę, co? Amatorzy 🙂

Na Midżur udało nam się wbiec w czasie 1h 40min. Chyba nie tak źle jak na 7,7 km i 730 m przewyższenia. Na szczycie spędziliśmy krótką chwilę podziwiając widoki i ciesząc się ze zdobycia kolejnego kamyczka do korony Europy. Widoki były zacne, a chylące się już ku zachodowi słońce wraz z chmurami stworzyło wspaniałe widowisko. Jak cudowne? O tym za chwilę. Duże wrażenie zrobił na mnie również widok na bułgarską stronę, ponieważ opadające w dół zbocza Starej Płaniny kończyły się w pewnym momencie, a dalej po horyzont rozciągały się płaskie i równe jak stół pola, niczym kolorowa szachownica.

W lekkiej zadumie zaczęliśmy schodzić, tfu… tfu… zbiegać z powrotem. W końcu chcieliśmy zdążyć na piwo, a byłbym wielce niepocieszony, gdyby trud zdobycia Midżura w ekspresowym tempie poszedł na marne. Poza nami nie było nikogo. Fajnie było poczuć tą niczym nieskrępowaną wolność i radość. Mieliśmy całą tą przestrzeń tylko dla siebie i razem mogliśmy cieszyć się chwilą. Ehh… na sentymenty mnie wzięło… Jako, że zbieganie z góry szło nam o wiele szybciej to już po 1h od startu ze szczytu byłem obok restauracji przy wyciągu. Zdążyłem 😀 Po chwili dołączyła również Ela. Mina pracującego tam chłopaka była bezcenna, kiedy powiedzieliśmy mu, że wbiegliśmy na Midżur i z powrotem w czasie 2h 50 min. Od razu zdyszanym głosem poprosiłem o 4 piwa. A co! Zasłużyliśmy! Zresztą nie wiedziałem jak długo jeszcze będzie otwarte więc nie warto było się rozdrabniać.

Czekając na piwko rozejrzeliśmy się po knajpie i nasz wzrok zatrzymał się na zdjęciu… Władimira Putina. Zapytaliśmy czy może jeździł tu na nartach i jego zdjęcie zostało zrobione na pamiątkę tego wydarzenia, wszak powszechnie wiadomo, że Władek lubi aktywnie spędzać czas i prężyć muskuły. Okazało się, że nie jeździł, a zdjęcie wisi tak po prostu z sympatii to dobrego wujka Włodka. Nie drążyliśmy dalej tematu tylko szybko przechwyciliśmy nasze piwko i rozłożyliśmy się na leżakach stojących obok knajpki. Leżąc tak podziwialiśmy jeden z piękniejszych zachodów słońca jakie nam się przytrafiły. Błogi czas umilał nam głos Elvisa Presleya klimatycznie płynący z głośników. O ile w górach uwielbiam nasłuchiwać ciszy to tym razem wybaczyłem Elvisowi, bo stworzył nam niesamowity nastrój w czasie tego zachodu.

Mimo radości związanej z wejściem na Midżur wewnątrz odczuwałem jednak smutek. Po pierwsze, że to już, po drugie, że końca dobiega nasza kolejna górska przygoda, że raptem kilka godzin dzieli nas od zakończenia tego co jeszcze nie tak dawno wydawało się tylko szkicem na papierze i wodzeniem palcem po mapie. Wszystkie te plany i marzenia właśnie się urzeczywistniły. Nawet w najbardziej optymistycznej wersji nie zakładałem, że uda nam się zrealizować plan w 100%. A tu proszę bardzo, udało się z nawiązką. Przez te kilkanaście dni przemierzyliśmy tysiące kilometrów zdobywając m.in. Dinarę w Chorwacji, Maglić w Bośni i Hercegowinie, Zlą Kolatę w Czarnogórze, Korab na pograniczu Albanii i Macedonii oraz serbski Midżur na sam koniec. Tyle wygrać 🙂

Kiedy słońce całkiem schowało się za widnokręgiem momentalnie zrobiło się zimno. Zabraliśmy z auta namiot oraz śpiwory i rozbiliśmy się na polance z nadzieją na równie piękny wschód słońca nad Starą Płaniną. Noc była spokojna i cicha. Tak cicha, że aż obłędna i trudna do wytrzymania. Dobrze, że byłem zmęczony i jako tako udało mi się zasnąć, bo w przeciwnym razie chyba bym zwariował 😛 Za to Ela nie zmrużyła chyba oka. Co chwilę wydawało jej się, że ktoś lub coś obok nas chodzi. Nowy dzień niestety nie przywitał nas obłędnym wschodem słońca, bo podobnie jak przez całą noc niebo przykrywały chmury. Mimo tego i tak chciałbym miewać takie poranki częściej. Otworzyć wejście do namiotu, patrzeć na góry i popijać aromatyczną kawę, wygrzewając się jeszcze w śpiworze. Po prostu bajka.

Niestety czar prysł bardzo szybko. Musieliśmy zwinąć nasze tobołki i ruszyć w dalszą drogę. Następny przystanek? Budapeszt.

Wejście na Midżur:

wysokość: 2169 m

suma przewyższeń: 730 m

dystans: 14,5 km

czas wejścia (biegiem): 1h 40min

czas zejścia (biegiem): 1h

ilość innych turystów na szlaku: 0 (słownie zero)

Link do śladu GPS w serwisie Movescount: http://www.movescount.com/pl/moves/move166646451

Link do śladu GPS w serwisie Wikiloc.com: https://www.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=19849188

4 komentarze

  1. Fajnie, że udało się zrealizować plan w 100% tym bardziej, że to był Wasz największy wyjazd w roku i pewnie nie jeden wieczór spędziliście na planowaniu. Rejony dla mnie zupełnie obce, ze zdjęć wywnioskowałam, że mieliście tam mega gorąco (?) No to już oficjalnie zdobywacie Koronę Europy? 😀

    • W Shreku leciało to jakoś tak: „Za dnia pięknością, w nocy zaś szkaradą” 😛 ogólnie w ciągu dnia było upalnie i gorąco, ale pogoda była stabilna i obeszło się bez popołudniowych burz, na szczęście 🙂 ale w nocy bywało bardzo, bardzo zimno. Powiem Ci, że planowanie jest dla mnie jednym z ulubionych momentów wyprawy, bo układając coś tam sobie w głowie i na papierze wczuwam się już w wyjazd i stopniowo nakręcam 😀 I im bardziej złożony wyjazd tym bardziej się jaram 😀 Korona Europy? Tak, ale bez presji czasu i na razie tylko szczyty powyżej 1500 m 🙂

    • Cześć! Tak, rozbijaliśmy się na polanie obok restauracji. Pytaliśmy o to czy możemy się tam rozbić Pana, który sprzedawał w knajpce i nie robił z tego tytułu żadnego problemu, ani nie chciał żadnych pieniędzy 🙂

Write A Comment

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!