Po zdobyciu Dinary kolejny dzień spędziliśmy nad adriatyckim wybrzeżem na rajskiej plaży, gdzieś pomiędzy Splitem i Makarską. Od czasu do czasu jestem w stanie zrobić ukłon w stronę Eli i zamiast moczyć nogi w lodowatej wodzie górskich stawów zgadzam się na parę godzin bezczynnego leżenia w cieplejszym klimacie. Nie myślcie, że przychodzi mi to łatwo, ale czasem trzeba wygrzać stare kości 🙂 Kiedy naładowaliśmy już nasze baterie obraliśmy kierunek na miejscowość Tjentište skąd planowaliśmy wejście na Maglić, czyli najwyższy szczyt Bośni i Hercegowiny. Jak się później okazało nasza droga wcale nie była taka nudna jak mogliśmy przypuszczać 🙂 Na początek były szybkie zakupy regionalnego wina Prosek od przydrożnej babuni, która zaprosiła nas do swojej piwniczki na degustację. A że wino nam posmakowało to wzięliśmy buteleczkę na dalszą podróż.

Kolejne kilometry spędzone na autostradzie minęły nam na podziwianiu spalonego słońcem krajobrazu Dalmacji. Od patrzenia na te wszystkie wzgórza i doliny zrobiliśmy się głodni i zatrzymaliśmy się na ostatnim MOP-ie przy chorwackiej autostradzie, żeby zrobić sobie obiad. W końcu nie wiedzieliśmy co nas czeka w BiH po przekroczeniu granicy. Przecież to dziki kraj i dzicy ludzie żyjący poza granicami UE 🙂 Wracając do naszego postoju. Ela poszła wyprać parę rzeczy, ja w między czasie ogarniałem „kuchnię”. Stojąc przy garach zauważyłem, że za autostradowym ogrodzeniem na drodze serwisowej stoi gość z rozklekotanym Golfem III. Maska podniesiona do góry, chodzi wokół tego auto, głowi się i ewidentnie na kogoś czeka. No nic pomyślałem sobie, maszyna ma już swoje lata, pewnie na liczniku dobija do miliona kilometrów, miała prawo się zepsuć. Z racji tego, że kompletnie nie znam się na mechanice samochodowej nie mogłem za bardzo pomóc więc wróciłem do garów.

Minęło raptem kilka minut, a pod płotem tuż obok zdezelowanego golfa zatrzymuje się TIR. Pewnie na CB wezwał pomoc i ktoś łaskawie zjechał by go wesprzeć w awaryjnej sytuacji – próbuję ogarnąć w myślach to co widzę. Wracam z powrotem do garów, bo w brzuchu burczy coraz bardziej. Aż tu nagle patrzę i wpadam w śmiech. W mig wszystko się wyjaśniło. Otóż kierowca TIRa otworzył plandekę i zaczął przez płot przerzucać arbuzy, które lądowały na tylnym siedzeniu golfa. Po krótkiej chwili wypełniły i przedni fotel po samą podsufitkę tak, że zawieszenie VW wyglądało jak po ostrym tuningu. To jeszcze nic! Na koniec zostałem przez owego kierowcę przywołany i jako świadek całego zdarzenia obdarowany ogromnym arbuzem 😀 Powiedzenie: „spadło z TIRa” nabrało w tym momencie mocy 🙂 Ela nie widziała całej sytuacji więc zdziwiła się bardzo kiedy okazało, że będziemy mieli jeszcze deser.

Po zapełnieniu brzuchów spakowaliśmy zdobycznego arbuza i pomknęliśmy w stronę granicy. Czekało nas jeszcze parę godzin jazdy do celu, a koniecznie chcieliśmy znaleźć się w Tjentište przed zmrokiem. Bośnia i Hercegowina urzekła nas od samego początku. Po drodze mijaliśmy malutkie wioski i miasteczka, w których czas zatrzymał się dawno, dawno temu. Częstym widokiem były także krowy i owce wolno sunące asfaltową szosą po dniu spędzonym na pastwiskach. Nikomu nigdzie się nie spieszyło, czas płynął wolno. Przyzwyczajeni do wielkomiejskiej dżungli nie mogliśmy się nacieszyć się tym wszystkim. Szczerze mówiąc tego właśnie oczekiwałem po Bałkanach. Tego, że doświadczymy tam jeszcze trochę takiego folkloru nie zepsutego postępującą globalizacją i komercjalizacją, że będzie dziko, że choć na moment będziemy bliżej natury. I pokonując górskie peryferia BiH w drodze do Tjentište łapaliśmy te chwile i momenty, o których marzyliśmy. We wsi Tjentište zameldowaliśmy się jeszcze przed zachodem słońca, ale wiedziałem, że tak naprawdę najtrudniejszy etap podróży tej dopiero przed nami. Najdogodniejszą bazą wypadową do ataku na Maglić jest polana Prijevor, która znajduje się w sercu Parku Narodowego Sutjeska pośród pierwotnej puszczy Perućica. Prowadzi do niej szutrowa droga o długości ok. 18 km. Powiem, że te 18 km było najtragiczniejszym odcinkiem drogi jaki przejechaliśmy z 4250 km, które w sumie zrobiliśmy! Będę delikatny jeśli powiem, że droga jest w fatalnym stanie.

Zaczęło się niewinnie. Po minięciu pomnika upamiętniającego zwycięstwo partyzantów Josepa Broz Tito nad wojskami Osi skręciliśmy w prawo. Droga początkowo nosiła znamiona asfaltowej, ale więcej w niej było dziur niż asfaltu, który z resztą szybko się ulotnił. Jego miejsce zajął szuter i kamienie, a wszystko to wymyte przez wartko płynące wody opadowe. Pozostało nam pokonywać kolejne metry lawirując od lewej do prawej strony w poszukiwaniu optymalnego toru jazdy, tak aby nie urwać zawieszenia albo części wydechu. Zegar tykał, a my dalej mieliśmy do pokonania spory kawał drogi. Z racji tego, że wiodła ona przez las zmrok dopadł nas bardzo szybko i jazda stała się jeszcze bardziej kłopotliwa. W końcu w totalnych ciemnościach dojechaliśmy do asfaltowego placu, który znajduje się mniej więcej w połowie drogi na Prijevor. Przynajmniej wiedzieliśmy ile jeszcze nam zostało do przejechania.

Mimo późnej pory i niezbyt sprzyjających warunków postanowiliśmy spróbować dojechać na polanę. Perspektywa pokonywania dodatkowych kilometrów z buta w drodze na szczyt wcale mi się nie uśmiechała. Albo się uda, albo zawrócimy i prześpimy się na parkingu. Kiedy odjechaliśmy kilkadziesiąt metrów od placu zaskoczył nas zastany widok. Jakaś grupa Chorwatów i Bośniaków urządzała sobie w puszczy Perućica jakieś nocne manewry i szykowała się do rozbijania obozu. Zamieniliśmy z nimi kilka zdań i ruszyliśmy dalej w nadziei, że uda nam się dotrzeć do celu. Myślałem, że najgorszy odcinek mamy już za sobą i teraz będzie lepiej, ale mocno się na tym przejechałem. Droga z każdym metrem stawała się jeszcze gorsza, a ja nie miałem sumienia dalej tak katować samochodu i ostatecznie postanowiliśmy zawrócić. Jak teraz sobie przypomnę w jakim miejscu przyszło mi zawracać to jestem pełen podziwu dla swoich umiejętności i opanowania. Wróciliśmy do wspomnianej grupy nocnych marków i rozbiliśmy obok nich nasz mały namiocik. Wykończeni podróżą oraz porannym plażingiem padliśmy od razu w objęcia Morfeusza. Z racji tego, że nie udało nam się dotrzeć na Prijevor musieliśmy dorzucić kilkanaście kilometrów marszu ekstra do zaplanowanej wcześniej trasy.

Kiedy usłyszałem rano dźwięk budzika nie wiedziałem co się dzieje. Chęć przeżycia kolejnej przygody była silniejsza i mimo niewyspania wygramoliliśmy się z namiotu, by ruszyć w nieznane. Powietrze było rześkie i wilgotne, powiewało górskim chłodem. Bałkańska ekipa głośno pochrapywała więc żeby ich nie budzić zostawiliśmy namiot i zjechaliśmy samochodem na wspomniany wcześniej parking. Po wszamaniu śniadania i spakowaniu prowiantu na drogę ruszyliśmy przed siebie. Po drodze minęli nas jadący w górę Słoweńcy, którzy jednak nie zatrzymali się, by nas podrzucić. Przygotowując się do zdobycia Maglicia zakładałem, że wejdziemy na niego szlakiem biegnącym od zachodu wprost od polany Prijevor. Z relacji znalezionych w internecie widziałem, że znajdujące się na nim ubezpieczenia są w kiepskim stanie. W pewnym momencie dotarliśmy do rozwidlenia dróg, gdzie zgodnie z założeniem skierowaliśmy się w stronę Prijevor.

Nie wiem dlaczego, ale miałem tego ranka dziwne przeczucia i obawy co do słuszności wyboru tej trasy. Podzieliłem się tymi odczuciami z Elą i postanowiliśmy zawrócić w stronę Lokva Dernečište, skąd szlak miał być nieco łatwiejszy. Lubię mieć zawsze rozpracowane inne opcje awaryjne więc wiedziałem, gdzie mamy iść i co nas czeka. Na polanie Dernečište zobaczyliśmy samochód Słoweńców, którzy mijali nas po drodze. Dziwnie to zabrzmi, bo jak wiecie lubię, kiedy w górach jesteśmy sami, ale po moich porannych złych przeczuciach świadomość, że nie będziemy zdobywać góry sami dodała mi otuchy 🙂 Z polany szlak odbijał w las. Ścieżka początkowo szeroka i wyraźna zaczęła niknąć w leśnej gęstwinie. W pewnym momencie stała się ona praktycznie nie widoczna i musieliśmy odnajdować ją przeciskając się przez krzaki. Na szczęście odcinek ten nie był za długi i po wejściu w pasmo kosówki znów bez trudu odnajdowaliśmy oznaczenia szlaku.

Dogoniliśmy też wspomnianą dwójkę Słoweńców, którzy okazali się sympatycznymi starszymi Panami. Dowiedzieliśmy się, że jeden z nich, Miroslav mający 73 lata ksiądz, ma na swoim koncie 50 wejść na Triglav! Przez pewien czas towarzyszyliśmy im w wędrówce na Maglić. Co by nie mówić duchem byli wciąż młodzi, jednak nogi nie nadążały już za sercem. Postanowiliśmy wrócić do swojego tempa marszu i pożegnaliśmy się serdecznie z nadzieją, że ponownie spotkamy się na szczycie.

Ścieżka zaczęła powoli piąć się w górę i z każdym kolejnym metrem odsłaniała nam się wspaniała panorama na zielone pagórki leżące w paśmie o złożonej nazwie Bioć/Maglić/Volujak/Vlasulja. Przed nami piętrzyła się północna ściana Maglicia opatulona w górnych partiach przez chmury. W miarę zdobywania wysokości szlak zaczął stawać się bardziej pionowy i na trasie pojawiły się pierwsze ubezpieczenia w postaci stalowych lin, które towarzyszyły nam przez dosyć spory odcinek. Niestety ich stan pozostawiał sporo do życzenia i poza poprawieniem komfortu psychicznego nie polegałbym na nich w 100%. Niektóre zakotwienia powypadały, a lina pozostawała luźna więc musieliśmy ostrożnie się z nią obchodzić. Po pokonaniu bardziej stromego, skalnego odcinka szlaku ścieżka nieco złagodniała i prowadziła po podszczytowych trawkach.

W końcu dotarliśmy na przełęcz rozdzielającą bośniacki i czarnogórski wierzchołek Maglicia. Szczyt mieliśmy już na wyciągniecie ręki. Wystarczyło pokonać krótkie skalne spiętrzenie tuż przed wierzchołkiem i cieszyliśmy się niesamowitymi widokami ze szczytu. Wejście na szczyt, którego wysokość wynosi 2386 m n.p.m zajęło nam ok. 4h 20 min. Chmury, które od samego rana okrywały szczyt odfrunęły na moment i ukazały nam rozciągające się po horyzont piękno. Biegałem po szczycie jak szalony nie mogąc nacieszyć oczu tymi widokami. Byliśmy tylko my, szczyt i bezkres gór sięgający we wszystkich kierunkach świata. Dla takich chwil warto było wstać wcześnie, przejść tyle kilometrów i trochę się zmęczyć. Chcieliśmy tam zostać, ale czekała nas jeszcze długa droga powrotna. Nie zamierzaliśmy wracać tą samą drogą, zejście pseudo ferratą wprost na polanę Prijevor też nie wchodziło w grę więc wybraliśmy ostatni możliwy wariant zejścia, przez Trnovačkie Jezioro.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem je w internetowej wyszukiwarce od razu zapisałem je na liście „must see”. Dzielił nas od niego spory dystans, ale wędrówka w takiej scenerii jaka nam towarzyszyła była czystą przyjemnością. Zejście prowadziło porośniętymi soczystą trawą południowo-wschodnimi wzniesieniami Maglicia. Wszędzie wokół panowała cisza i spokój. Trudno mi opisać ten fragment wędrówki, bo takie chwile przeżywam zawsze głęboko w środku siebie i nie potrafię się nimi podzielić. Żadne słowa nie są w stanie oddać tamtych chwil. Może jak spojrzycie na zdjęcia choć trochę mnie zrozumiecie i spróbujecie sobie to wyobrazić. W końcu szlak zaczął opadać ostro w dół w kierunku jeziora, które widzieliśmy z góry jak na talerzu.

Uformowane w kształcie serca wyglądało bajecznie w otoczeniu wapiennych szczytów. Po pokonaniu stromego, upierdliwego piargu przez moment schowaliśmy się w cieniu drzew. Po wyjściu z lasu przed oczami mieliśmy Trnovačkie Jezioro. Cud, miód i orzeszki! I do tego szok! Bo w tak pięknym miejscu byliśmy sami!!! Potraficie sobie wyobrazić, że w szczycie sezonu o godzinie 13:00 nad Morskim Okiem nie ma nikogo? Ela ma bujną wyobraźnię, ale tego nie potrafiła wykreować w głowie 😛 Ja z resztą też. Nad jeziorem zrobiliśmy sobie krótką przerwę. Nie mogliśmy wyjść z zachwytu nad tym miejscem. Tak samo jak na szczycie Maglicia, tak i teraz nasze serca buntowały się przed opuszczeniem tego cudownego skrawka natury. Ciężko było się zmusić do wrzucenia plecaka na plecy i ruszenia w dalszą drogę w kierunku przełęczy Prijevor. Przeszliśmy jeszcze kawałek wzdłuż brzegu jeziora po czym ścieżka zniknęła w lesie.

Schowani w cieniu drzew na moment mogliśmy odsapnąć od bałkańskiego słońca. Szlak schodził w dół co w dalszej perspektywie wcale nam się nie uśmiechało, bo wiedzieliśmy, że stracone metry będziemy musieli nadrobić wchodząc na Prijevor. Po drodze spotkaliśmy kilka osób, które wybierały się w kierunku jeziora. Po wyjściu z lasu znaleźliśmy się na olbrzymiej polanie w dolinie Suha, na której trzeba odbić ze szlaku w prawo. Ścieżka jest mocno zarośnięta i łatwo ją przeoczyć więc trzeba być czujnym. W przeciwnym razie można zamiast na Prijevor zejść do szosy na samym końcu doliny Suha. Przedzierając się przez kolejne chaszcze odzyskiwaliśmy utraconą wcześniej wysokość. Tempo naszego marszu nieco osłabło, gdyż zaczęliśmy odczuwać już zmęczenie przebytą tego dnia trasą. Na skraju lasu zarządziliśmy kolejny postój na uzupełnienie płynów i kalorii. Był to ostatni moment na podziwianie niesamowitej panoramy na dolinę Suha oraz otaczające ją szczyty. Na pożegnanie z tymi widokami głęboko westchnęliśmy i ruszyliśmy dalej.

Kiedy doszliśmy na przełęcz Prijevor zastaliśmy tam kilkanaście stojących samochodów. Wiedziałem, że da się tam dojechać i pewnie na upartego też byśmy tam dotarli, ale zbyt długa droga była jeszcze przed nami i nie chciałem ryzykować jakieś awarii. Na przełęczy bez trudu odnaleźliśmy początek szlaku na Maglić. Wejście tym wariantem wg informacji na tabliczce powinno zająć 3h.

Nie przeciągając nieuniknionego ruszyliśmy od razu w stronę auta. Droga trwała wieczność. Z każdym kolejnym metrem moje kroki stawały się coraz bardziej automatyczne. Lewa, prawa, lewa, prawa i tak bez końca. W głowie miałem jeszcze fakt, że po powrocie czekało nas zwijanie pozostawionego rano namiotu. Jedynym pocieszeniem było to, że mieliśmy już z górki i bliżej niż dalej. Kiedy byliśmy już na ostatniej prostej trafiliśmy na napotkanych rano Słoweńców wracających ze szczytu. Panowie chętnie zabrali nas ze sobą i pomogli zaoszczędzić kolejny kilometr marszu. A ten tego dnia był niezłą wyrypą, którą zapamiętamy na długo. Okazało się, że przeszliśmy 28km i pokonaliśmy 1930 m przewyższenia w czasie ok. 10 h 30 min. Kawał dobrej roboty i kolejny szczyt do korony Europy zaliczony 🙂 Po powrocie stwierdziliśmy wspólnie z Elą, że była to najlepsza nasza wycieczka w trakcie całego bałkańskiego tripu. Kończąc ten przydługawy już wpis powiem tylko, że do Bośni na pewno jeszcze wrócimy, a tymczasem przygotujcie się na podbój czarnogórskich szlaków!

Wejście na Maglić w cyferkach:

– wysokość: 2386 m
– przewyższenie: 1930 m
– dystans: 28 km
– czas wejścia i zejścia: ok 10 h 30 min

2 komentarze

  1. Cuda, cudeńka!!! Zamiast pracować to siedze i sie zachwycam. Muszę jeszcze zweryfikować własne możliwości bo Maglic kusi coraz bardziej!

    • Powiem szczerze, że przed wyjazdem podchodziłem do tego szczytu z dużą rezerwą, ale po wszystkim mogę powiedzieć, że było rewelacyjnie 🙂 także wiesz… 🙂 zamknij oczy i do przodu 🙂 nawet jeśli nie Maglić to wycieczka nad samo jezioro też jest super! Powodzenia w planowaniu wyjazdu! 😉

Write A Comment

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!