To zimowe wejście na Rysy na długo zapadanie w mojej pamięci! Po sobotnim wejściu na Koprowski Szczyt w asyście zasłaniających wszystko chmur mieliśmy okazję podziwiać znakomitą panoramę Tatr z najwyższego wierzchołka w Polsce. Trafiły nam się obłędne warunki! Byliśmy w niebie! Ale po kolei… 🙂

Po obowiązkowym śniadaniu rześko ruszyliśmy z nad Popradzkiego Plesa niebieskim szlakiem prowadzącym w głąb doliny Mięguszowieckiej. Podobnie jak poprzedniego dnia szybko dotarliśmy do rozwidlenia szlaków nad Żabim Potokiem. Tym razem odbiliśmy w prawo, w stronę czerwonego szlaku prowadzącego latem na Rysy. W tym momencie nic jeszcze nie zwiastowało przepięknych widoków ze szczytu. Dolina spowita była gęstą mgłą, a widoczność wynosiła ledwie kilkanaście, kilkadziesiąt metrów. Wystarczało jednak, aby widzieć przed sobą ślady poprzedzających nas osób oraz zimowe tyczki wyznaczające szlak.

Byłem ich obecnością nieco zdziwiony, wszak szlak na Rysy jest oficjalnie zimą zamknięty więc średnio rozumiem działania Słowaków i brak konsekwencji z ich strony. Co prawda i tak z zakazu niewiele osób sobie coś robi, ale wydaje mi się, że w ten sposób zachęca się niejako do wychodzenia w warunkach zimowych osób, które nie koniecznie są do tego przygotowane oraz świadome i nie wiedzą jak poruszać się w zimowym terenie. Mam nadzieję, że nie skończy się tak jak to często bywa na naszym podwórku, że HZS będzie musiała ściągać adeptów zimowych zaskoczonych przez „zmrok oraz śliską drogę”. Dokładnie wiecie co mam na myśli 🙂

Wracając jednak do naszego podejścia na próg Doliny Mięguszowieckiej muszę przyznać, że towarzyszyło mi przedziwne uczucie. To, że góry zimą wyglądają zupełnie inaczej nie trudno się domyślić, każdy potrafi sobie to jakoś wyobrazić. Doświadczyłem tego już niejednokrotnie będąc w tym samym miejscu i latem, i zimą. Jednak za każdym razem jest coś co w jakiś sposób mnie zaskakuje i pozwala odkryć to miejsce na nowo z innej perspektywy. Tym razem też tak było. Idąc, mijaliśmy pojedyncze gałązki kosówki wystające spod śnieżnej kołdry. Wygląd otoczenia dopełniała okalająca nas mgła i w całości tworzyło to niesamowity, nieco księżycowy krajobraz. Do tego niesamowita, niczym nie zmącona cisza. Słyszeliśmy tylko miarowy oddech, bicie własnych serc i łoskot mrozu pod stopami. Miałem wrażenie, że przedzieraliśmy się przez nieznane, tajemnicze tereny. Jak pierwsi zdobywcy bieguna. A to była tylko droga na Rysy

Całe te wewnętrzne odczucie stało się jeszcze głębsze w momencie, kiedy weszliśmy w Żabią Dolinę, a przed nami zaczęły pokazywać się niczym zjawy nie wyraźne sylwetki górujących nad doliną szczytów. Spektakl ten wyglądał niesamowicie, aż w końcu naszym oczom ukazały się w pełni wyraźne wierzchołki, na tle błękitnego nieba. Magia… Dodając do tego jeszcze bardzo dobrze związany śnieg nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszych warunków na zdobycie Rysów.

Przed sobą widzieliśmy już cel naszej wycieczki oraz drogę, którą mieliśmy jeszcze do pokonania. Od razu żwawiej ruszyliśmy do przodu! Po przejściu Żabich Stawów znaleźliśmy się na podejściu, gdzie na letnim szlaku znajdują się łańcuchy i od niedawna paskudne schody. Ubraliśmy w tym miejscu raki i ruszyliśmy dalej rozglądając się wokół na wyłaniające się wraz z wysokością szczyty. Przy sprzyjających warunkach zimowa droga prowadzi wcześniejszym zachodem, który dodatkowo ubezpieczony był tym razem liną poręczową dla nosiczy wnoszących zapasy do schroniska.

Zalegające jeszcze kilka chwil wcześniej chmury zeszły w dół doliny Mięguszowieckiej odsłaniając nam całą Żabią Dolinę oraz znajdującego się w tle Szatana i Grań Baszt. Nie mogłem nacieszyć oczu tymi widokami, choć wiedziałem, że najlepsze dopiero przed nami. Po tylu tygodniach spędzonych za biurkiem czułem nieopisany głód gór więc starałem się wchłonąć ich jak najwięcej. Przez to podejście pod Chatę pod Rysami trochę nam zajęło, bo co chwilę zatrzymywałem się, by pstryknąć parę fotek i podziwiać niesamowity widok rozciągający się przed nami. Ku mojemu zdziwieniu Chata pod Rysami była otwarta i spokojnie można było do niej wstąpić na krótką przerwę.

Spod schroniska ruszyliśmy w dalszą drogę, która prowadziła na przełęcz Waga. Na początku obawiałem się, że strome podejście w jej kierunku mocno da nam w kość, ale szereg zakosów sprawił, że nie było tak źle. To co zastaliśmy na przełęczy Waga trudno opisać. Otworzyła się przed nami fantastyczna panorama na całe Tatry Bielskie oraz wschodnią część Tatr Wysokich z takimi gigantami jak Gerlach, Lodowy Szczyt, Łomnicę, Ganek i całą resztę. Po prostu poezja, która z każdym krokiem w górę stawała się coraz bardziej dostojna i wyrafinowana.

Mając pod nogami dobrze związany śnieg szybko pięliśmy się w kierunku szczytu, gdzie zimą ostatnie metry prowadzą nieco inną drogą niż latem. Musieliśmy przejść kawałek grani pomiędzy najniższym wierzchołkiem Rysów, a najwyższym leżącym po słowackiej stronie. Odcinek ten był całkiem fajny, poprowadzony w dosyć dużej ekspozycji, co dla niektórych okazało się barierą nie do przejścia i kończyło się odwrotem. Na szczęście my już jesteśmy trochę zaprawieni w bojach więc z uśmiechem na ustach stanęliśmy na szczycie Rysów. Najpierw tym słowackim, później tym polskim.

Panorama ze szczytu była oszałamiająca! Stojąc na wierzchołku nie mogłem wytrzymać w miejscu, ponieważ cały czas kręciłem się rozglądając wokół. Trudno jednym tchem wymienić wszystkie widoczne z Rysów szczyty, bo lista była by bardzo długa. Największe chyba wrażenie robi znajdująca się po sąsiedzku Wysoka i jej północno-zachodnia ściana. Poza tym w końcu mogłem zobaczyć Morskie Oko i Czarny Staw będące tak blisko, a jednocześnie daleko od nas. W czasie wcześniejszych wejść na Rysy nie miałem szczęścia do pogody i zarówno Moko jak i Czarny Staw schowane były pod gęstymi chmurami. Stojąc w najwyższym miejscu naszego kraju cieszyłem się jak dziecko każdym ułamkiem sekundy mogąc podziwiać otaczające nas góry skąpane w morzu chmur. Te chwile pozostaną w mojej pamięci na długo.

Na szczęście nie było takiego tłoku jak latem więc wejście na szczyt nie utraciło swojego uroku. Na szczycie zabawiliśmy trochę czasu, ale wszystko co dobre szybko się kończy. Trzeba było zrobić miejsce kolejnym zdobywcom Rysów.

Droga w dół minęła nam na dalszym podziwianiu widoków w promieniach południowego słońca, którego wpływ na śnieg dało się wyraźnie odczuć pod nogami. Nie zmieniało to jednak faktu, że mimo wszystko warunki były pierwsza klasa. Stojąc tam na górze w myślach układałem już sobie listę kolejnych szczytów do zdobycia. Mam nadzieję, że szybko uda się wrócić w Tatry i stanąć na kolejnym wierzchołku należącym do Wielkiej Korony Tatr. W końcu zdobywając Rysy możemy odhaczyć kolejny punkt 🙂

6 komentarzy

  1. I to są właśnie góry… Jednego dnia totalna klapa, następnego dnia warunki, które pozostaną w pamięci do końca życia. Ja na Rysach byłam raz, latem, wchodząc od polskiej strony. I jak kilka tatrzańskich szczytów zdobyłam zimą, tak mam jakąś blokadę żeby wchodzić na Rysy od polskiej strony w warunkach zimowych. Jak przyjdzie czas, to pójdę Waszym śladem, bo na słowackim wierzchołku nie byłam, więc na razie w tabelce od WKT jest pusto 😀 Pozdrowienia!

    • Potrafią zaskoczyć prawda? Taki scenariusz już kilka razy przerobiłem i zawsze nie mogłem się nadziwić, że to możliwe. Co do podejścia na Rysy zimą, od polskiej strony to dokładnie mam taką samą awersję do tej trasy, dlatego wybraliśmy wariant słowacki. Powiedziałem sobie, że zimą nigdy nie pójdę na szczyt od Morskiego Oka. Podobną blokadę mam z Gankiem, do którego nie planuję zimowego podejścia 🙂 Życzę szybkiego uzbierania WKT 🙂 Trzymaj się!

  2. widoczność na szczycie i morze chmur pod nogami – marzenie! wysokie góry zimą to jak na razie dla mnie co nieco za dużo, więc pozostaje tylko podziwianie zdjęć
    a cudnie się je ogląda 🙂

    • Dzięki 🙂 ale powiem Ci, że aż tak źle zimą to to nie wygląda 🙂 Już chodziłaś po Bieszczadach i Pieninach zimową porą więc nic nie stoi na przeszkodzie żeby zrobić kolejny krok np. w Tatry Zachodnie 🙂 Grunt to trafić na dobre warunki i posiadać nieco wiedzy na temat lawin.

      • Wszystko po kolei, w swoim czasie. Na razie to mój pierwszy zimowy sezon na szlaku i pierwsze spotkanie z raczkami. Na „cięższy” sprzęt i wyższe góry przyjdzie jezcze kiedyś czas 🙂 a teraz nadal zachwycam się Twoimi relacjami i zdjęciami

Write A Comment

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!