<<< Etap I – Gorce

<<< Etap II – Pieniny

     Kontynuując wędrowanie czwartego dnia docieramy do Krościenka nad Dunajcem. Rzeka jest tutaj granicą dwóch sąsiadujących ze sobą pasm górskich. Zostawiamy za sobą malownicze Pieniny i wkraczamy w Beskid Sądecki (nazywany kiedyś Nadpopradzkim). Do tej pory góry te były przez nas nie odkryte i zawsze spychane na dalszy plan. W końcu przyszedł czas i na nie. Już na wstępie zdradzę, że nie słusznie traktowaliśmy je tak po macoszemu.

     Wśród zabudowań odnajdujemy znaki szlaku w kolorze czerwonym. Po dwóch dniach ponownie wkraczamy na Główny Szlak Beskidzki, którym będziemy się już poruszać do samego końca naszego górskiego wędrowania. Aby dotrzeć do schroniska PTTK na Przehybie musimy pokonać jeszcze 12,5 km oraz w sumie 1050 m przewyższenia. Do tego momentu szło nam całkiem sprawnie więc postanowiliśmy, że przy najbliżej okazji zatrzymamy się na jakieś polanie i odpoczniemy trochę, korzystając z przepięknej pogody. Mijamy ostatnie zabudowania znajdujące się przy szlaku, podchodzimy jeszcze trochę w górę i rozkładamy się w południowym słońcu na polanie z widokiem „od tyłu” na Pieniny oraz położone w dolinie Krościenko nad Dunajcem. Jest przepięknie! W powietrzy unosi się zapach kwitnących tuż obok drzew owocowych oraz polnych kwiatów. Bzyczą pszczoły oraz trzmiele, wiosna na całego 🙂

Wiosna w Beskidzie Sądeckim
Pieniny widziane z Beskidu Sądeckiego
Na szlakach Beskidu Sądeckiego

     Po 30 min wstajemy i leniwie idziemy dalej. Wchodzimy w buczynę karpacką, w której dominuje buk zwyczajny z domieszką jodły pospolitej i jawora. Dopełnieniem krajobrazu jest znane z poprzednich dni błotko 🙂 Mimo to idzie się rewelacyjnie, a to za sprawą tego, że idziemy sami. Nie ma kompletnie nikogo. Miałem małe obawy co do tego, wszak wypadał weekend majowy, ale na nasze szczęście rzeczywistość okazała się inna. Pierwszych turystów mijamy w okolicy przełęczy Przysłop, mniej więcej w połowie drogi do schroniska. Na przełęczy znajduje się kilka gospodarstw co było dla mnie lekkim zaskoczeniem, bo weszliśmy już w głąb Beskidu Sądeckiego i nie spodziewałem się tutaj zamieszkanych osad. Obszar nie należy do zbyt dostępnych więc podziwiam ludzi, którzy tam mieszkają i zawsze się zastanawiam z czego oni tam żyją i jak dają radę, zwłaszcza zimą. Chyba już za bardzo przyzwyczaiłem się to miejskiego stylu życia, gdzie wszystko mamy pod nosem.

Przysłop

    W miejscu tym znajduje się również przystanek na Karpackim Szlaku Partyzantów i Kurierów. Niestety związana jest z nim tragiczna historia jego mieszkańców. W czasie II wojny światowej polana i przysiółek były miejscem, gdzie schronienie mogli znaleźć okoliczni partyzanci walczący z hitlerowskim okupantem. Niemieccy żołnierze organizowali tutaj często obławy na partyzantów, w których ginęli zarówno oni jak i mieszkańcy udzielający im pomocy. Najbardziej tragiczne wydarzenia miały miejsce 8 grudnia 1944r. kiedy to Gestapowcy spalili żywcem rodzinę Fijasów i Dychałów (w sumie sześć osób) wraz z całym ich dobytkiem w ramach odwetu za atak partyzantów na niemieckich żołnierzy… Dziś w miejscu, gdzie znajdował się spalony dom stoi pomnik oraz kaplica, w której na pamiątkę tamtych wydarzeń co rok odbywa się msza partyzancka w intencji poległych w walce za Ojczyznę.

Schronisko na Przehybie już nie daleko…

     Ruszamy dalej, mijamy kolejne gospodarstwo ukryte, gdzieś na zboczach Rokity. Do schroniska pozostały jeszcze niecałe 2 h drogi. Przed nami ostatnie kilometry podejścia. Po przekroczeniu granicy 1000 m n.p.m. w zacienionych miejscach zalega jeszcze sporo śniegu. Między drzewami na horyzoncie majaczą tatrzańskie szczyty. Za nami już prawie 100 km górskiego wędrowania. Zmęczenie powoli daje znać o sobie. Po 7 h 30 min docieramy do schroniska na Przehybie.

 – Dzień dobry, czy znajdzie się kawałek podłogi dla nas? Bo na miejsce w pokoju szczerze już nie liczymy, na pewno ma Pani komplet.

> Dzień dobry, niestety wszystkie pokoje są już zajęte. Jest jeszcze wcześnie możecie zejść do miasta i czegoś poszukać.

– O nie, nie to nie wchodzi w grę! Za nami już bardzo dużo kilometrów marszu, a jeszcze sporo przed nami, jutro idziemy dalej GSB. Może znajdzie się jakiś kąt pod schodami, gdziekolwiek, nam naprawdę nie potrzeba wiele.

> Możecie poczekać, może ktoś nie przyjdzie i jakieś miejsce się zwolni… (chwila ciszy, kierowniczka schroniska się nad czymś zastanawia)… Moment, mam taką wolną dwójkę, w której jest tylko jedno łóżko, bo drugie ktoś połamał, trzymam ją na wszelki wypadek, interesowałoby Was coś takiego?

– Oczywiście! Jasne! Żaden problem, spokojnie się wyśpimy we dwójkę. Grunt, że mamy trochę miejsca dla siebie.

     Tak wyglądała mniej więcej nasza rozmowa z kierowniczką schroniska na Przehybie odnośnie noclegu. Szczęście znów się do nas uśmiechnęło. Nie dość, że znalazło się dla nas miejsce to Pani skasowała nas jak za jedno miejsce + podłogę. Po zaniesieniu rzeczy do pokoju schodzimy na zasłużony obiad i piwko. Smakuje wybornie 🙂 Popijając kolejne łyki złocistego trunku podziwiamy z tarasu schroniska niesamowitą panoramę z widokiem m.in. na Tatry. Na dobranoc prysznic w zimnej wodzie i ostatecznie oboje lądujemy w śpiworach na podłodze 🙂 Mimo to jest super! W nocy budzi mnie wycie wiatru za oknem. Spoglądam na zewnątrz i widzę bezchmurne niebo, na którym ktoś rozsiał miliony gwiazd! Dawno nie widziałem tak rozgwieżdżonego nieba. Żałuję do teraz, że nie ruszyłem mojej leniwej du** i nie wyszedłem na zewnątrz.

Dzień 5. – 29,2 km – 9 h 25 min

Schronisko PTTK Przehyba – Radziejowa – Wielki Rogacz – Niemcowa – Rytro – schronisko Cyrla – Hala Pisana – schronisko PTTK na Hali Łabowskiej

Link do przebiegu i profilu trasy w serwisie Movescount

     Wstajemy wcześniej niż zwykle. Postanowiliśmy, że zmodyfikujemy trochę nasz dzienny plan i pójdziemy, aż na Halę Łabowską do tamtejszego schroniska. Nie chcieliśmy zostawiać sobie zbyt dużego odcinka na ostatni dzień, zwłaszcza, że prognozy sygnalizowały pogorszenie pogody. Jak już wcześniej wspomniałem, kto rano wstaje ten ma widoki 🙂 Nie inaczej było tym razem. Po bezchmurnej, gwieździstej nocy zastał nas przepiękny, słoneczny i rześki poranek. Po wyjściu ze schroniska przed nami roztaczała się cudowna panorama. Na horyzoncie górowały ponad wszystkim tatrzańskie wierzchołki w śnieżnej pokrywie, poniżej poranne morze mgieł i chmur. Mógłbym tak stać i wpatrywać się w te widoki w nieskończoność.

Poranny widok na tatrzańskie wierzchołki
W drodze na Radziejową można podziwiać taką panoramę

     Podchodząc pod Wierch Przehyby ukazuje nam się kolejna panorama, tym razem pozostała część Beskidu Sądeckiego skąpana w słońcu i porannych mgłach. Gdzieniegdzie wystają tylko wyższe szczyty i pasma, reszta pod białą pierzyną. Zmierzamy czerwonym szlakiem w kierunki najwyższego szczytu w Beskidzie Sądeckim, mianowicie Radziejowej. Pasmo Beskidu Sądeckiego porośnięte jest w przeważającej większości bukowymi lasami więc idziemy pośród drzewa raz w górę, raz w dół podziwiając krajobrazy. Szybko docieramy na Radziejową, której wysokość wynosi 1262 m n.p.m. Od 2006 r. na szczycie znajduje się wieża widokowa. Została ona uszkodzona w 2010 r. najprawdopodobniej przez piorun lecz obecnie po remoncie znów można z niej podziwiać rozległe panoramy na wszystkie strony świata. Rzeczywiście widoki są świetne i przy dobrej pogodzie bardzo rozległe. My po raz kolejny mamy okazję napawać się widokiem Tatr i okolicznych pasm Beskidów skąpanych w porannych mgłach.

Beskid Sądecki widziany z Radziejowej
Po raz kolejny na horyzoncie Tatry

     Zapomniałem chyba wcześniej napisać, że na znacznym obszarze Beskidu Sądeckiego znajduje się Popradzki Park Krajobrazowy, który obejmuje przede wszystkim pasmo Radziejowej oraz Jaworzyny Krynickiej. Park jest jednym z najbogatszych przyrodniczo i najpiękniejszych krajobrazowo terenów Polski. Niezaprzeczalne bogactwo terenu stanowią tu także wody mineralne oraz lecznicze, które są źródłem rozwoju licznych uzdrowisk. Do najstarszych i najbardziej znanych należą Szczawnica, Piwniczna Zdrój, Muszyna czy też Krynica Zdrój.

      Schodzimy z wieży widokowej i kierujemy się w stronę Wielkiego Rogacza oraz Niemcowej. W dalszym ciągu idziemy grzbietem pasma Radziejowej. Teraz powinno być już tylko z górki. Sporadycznie mijamy kogoś na szlaku, w zasadzie można powiedzieć, że góry i otaczająca nas przestrzeń są tylko dla nas. Po dojściu na Niemcową rozkładamy się na kilka minut na polanie i ładujemy baterie w promieniach słońca. Dodam, że gdyby ktoś miał już dość może odbić troszeczkę ze szlaku w kierunku południowym i zejść do Chatki na Trześniowym Groniu. Chatka czynna jest sezonowo przez trzy wakacyjne miesiące, ferie oraz we wszystkie weekendy. Więcej informacji <tutaj>.

Gdzieś pod Niemcową…
Próba czasu…

     Pod Niemcową znajduje się skrzyżowanie z żółtym szlakiem prowadzącym z Piwnicznej Zdrój. My idziemy za ciosem szlakiem czerwonym w kierunku Rytra. W pewnym momencie przed nami przez drogę przebiegły w szybkim tempie dwie czteronożne, srebrnoszare istoty. Próbowałem coś wypatrzyć jeszcze wśród drzew, ale nie pozostał po nich żaden ślad. Razem zgodnie stwierdziliśmy, że musiały być to wilki, które przy odrobinie szczęścia można spotkać w lasach Beskidu Sądeckiego. My jak widać chyba mieliśmy to szczęście. Czujnie poszliśmy dalej. Wyszliśmy na jedną z nielicznych polan, gdzie na sporej wysokości znajdowało się odcięte od świata domostwo. Zadbane, ogrodzone lecz żywego ducha nigdzie nie było widać. Jakoś dziwnie się tam czułem. Tą niespokojną atmosferę spotęgował jeszcze fakt, że wchodząc znów w las usłyszałem w zaroślach jak gdyby coś wielkiego się tam szamotało i w tym samym momencie wszystkie ptaki z krzykiem i piskiem zerwały się w powietrze. Trwało to przez moment i ucichło… Dziwny dreszcz emocji przeszedł wtedy przeze mnie. Idąc dalej w stronę Rytra napotykamy kolejne dwa opuszczone budynki. Sprawiają one wrażenie, że jeszcze jedna, dwie zimy i same poskładają się w stertę desek. Podążając w dalszym ciągu czerwonym szlakiem mijamy po drodze jeszcze chatę Kordowiec zwaną „Szkołą pod obłokami”. A to wszystko za sprawą tego, że w chacie do 1976 r. działała szkoła podstawowa. Od kilkunastu lat chata służy turystom i jest sezonowo otwierana, najczęściej w weekendy oraz po wcześniejszym zarezerwowaniu.

     Wychodzimy z lasu, przed nami roztacza się dolina Popradu. Mijamy pierwsze i kolejne zabudowania, szlak prowadzi asfaltową szosą. Schodzimy do Rytra, które znajduje się mniej więcej na wysokości 338 m n.p.m. i jest to najniższy punkt na naszej trasie. Teraz znowu będziemy się wznosić w górę. Tak to już jest, raz w dół, raz w górę, nie ma zmiłuj się.

Mleczyk?! Zdecydowanie nie ostatni w tym sezonie

     Przechodzimy przez most na drugą stronę Popradu, gdzie na wysokim wzgórzu znajdują się ruiny średniowiecznego zamku. Historia powstania zamku owiana jest tajemnicą i nie do końca wiadomo kto i kiedy go wybudował, a na przestrzeni wieków zamek owiało kilka legend. Między innymi ta mówiąca o tym, iż w podziemiach zamku ukryty jest skarb, którego strzeże groźny „pies o postaci koguta”. Innym niebezpiecznym strażnikiem zamku jest pojawiająca się od czasu do czasu zjawa. My odpuściliśmy sobie zwiedzanie jego ruin, ponieważ czekało nas jeszcze sporo drogi do przebycia, a i atrakcyjność miejsca nie zachęcała specjalnie do odwiedzin.

     Początkowy fragment szlaku jest dosyć mocno nachylony i wątpliwy widokowo. Dzieje się tak, ponieważ poprowadzono go wzdłuż linii energetycznej wśród śmieci i chaszczy. Dopiero mniej więcej na wysokości polany Kretówka linia niskiego napięcia odchodzi nieco w bok, pozostając jednak w zasięgu wzroku, aż do prywatnego schroniska Cyrla. Był to chyba najbrzydszy odcinek trasy jaki przeszliśmy w trakcie całego wyjazdu. Docieramy pod Cyrlę. Jak szybko doszliśmy pod górską chatę, tak szybko się stamtąd ewakuowaliśmy. Krzyki dzieci, hałas, gwar i mnogość ludzi szybko uświadomiły nam, że jest niedzielne, majówkowe popołudnie. Zdecydowanie nie lubimy takich miejsc, dlatego bez zatrzymywania podążyliśmy dalej w stronę Hali Łabowskiej. Wrzask dzieci było jeszcze długo słychać. I pomyśleć, że w pierwotnej wersji mieliśmy tutaj nocować… Brrr…

Dolina Popradu

     Podchodzimy na Zadnie Góry, gdzie zbiegają się czerwony, niebieski oraz zielony szlak. Zostawiamy za sobą kolejne wzniesienia pasma Jaworzyny Krynickiej. Po chwili spokoju na szlaku znowu się poirytowaliśmy, ponieważ gdzieś przed nami naszą ciszę zakłócała horda barbarzyńców na crossach. Ryk motorów był nie do zniesienia. Po paru minutach milknie, by wrócić ponownie ze zdwojoną siłą. Tym razem grupa kilkunastu motozapaleńców przecięła szlakiem obok nas nie zważając na naszą obecność. Żaden z nich nawet nie zwolnił lub nie spróbował nas ominąć. Gdybyśmy nie zeszli ze szlaku zostalibyśmy żywcem rozjechani. Totalna porażka! Na szczęście więcej już ich nie spotkaliśmy.

     Mijamy przełęcz Bukowina i podchodzimy pod Halę Pisaną. Napotykamy tutaj kolejną pamiątkę historyczną w postaci pomnika upamiętniającego śmierć żołnierza AK, Adama Kondolewicza, ps. „Błysk”, który zginął w czasie obławy przeprowadzonej przez gestapo. Dalsza droga prowadzi w kierunku Wierchu nad Kamieniem. Wodzi nas ona bukowym lasem, który o tej porze roku i przy zastanej pogodzie sprawia wrażenie ponurego i posępnego. Wszystko za sprawą braku liści na drzewach oraz form jakie przybierały konary drzew.

Przełęcz Bukowina i las bukowy
Hala Łabowska, na reszcie schronisko 🙂

     W końcu po 9 h 30  min drogi i pokonaniu 29,2 km docieramy wykończeni na Halę Łabowską. Wchodzimy do schroniska, gdzie już od progu czuć, że ma ono swój klimat i urok.

– Dzień dobry! 🙂 – Mimo zmęczenia z uśmiechem na twarzy rozpoczynam rozmowę. – Czy znajdzie się dla nas miejsce? Na pokój już raczej nie liczymy więc może być gleba.

> Dzień dobry. Niestety, ale mamy wszystkie pokoje zarezerwowane… – Odpowiada mi dziewczyna w okienku. – Czekajcie! – Wtrąca druga. – Przed chwilą dzwonili Państwo, że nie przyjdą i zwolnił się pokój dwuosobowy więc jeśli chcecie to możecie tam spać!

     Po raz kolejny szczęście uśmiechnęło się do nas, a my pełną gębą uśmiechamy się wdzięcznie do Pań z obsługi schroniska. Mamy gdzie spać! 🙂 Wieczorem po kolacji schodzimy jeszcze na główną salę napić się piwka i poczytać co nieco przebierając w schroniskowej biblioteczce. Odpoczywamy i regenerujemy siły przed ostatnim dniem naszego wędrowania.

     Kontynuując wątek historyczny z jakim przyszło nam się spotkać chciałem napisać, że na Hali Łabowskiej znajduje się kolejny punkt na Karpackim Szlaku Partyzantów i Kurierów. Poświęcony jest on jezuicie księdzu Władysławowi Gurgaczowi oraz partyzantom skupionym w szeregach Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców. Na polanie stoi obelisk w miejscu, gdzie znajdowała się ich konspiracyjna. Ma upamiętniać żołnierzy wyklętych poległych w latach 1948-1949 w walce z UB i KBW.

 Dzień 6. – 17,9 km – 5 h

Schronisko PTTK na Hali Łabowskiej – Runek – Jaworzyna Krynicka – Krynica Zdrój

Link do przebiegu i profilu trasy w serwisie Movescount

     Wyspani i naładowani mocą owsianki ruszamy w drogę do Krynicy Zdrój. Towarzyszą nam mgły ograniczające widoczność do kilkudziesięciu metrów. Na szczęście, póki co nie pada deszcz. Zostawiamy za plecami schronisko i przemierzamy upiorną buczynę karpacką, która wygląda dzisiaj jeszcze bardziej ponuro i demonicznie niż dnia poprzedniego. Uparcie kroczymy czerwonymi znakami Głównego Szlaku Beskidzkiego. Przed nami Runek i ostatnie większe podejście w czasie tego wyjazdu. Ela nie potrafiła zapamiętać nazwy tego szczytu więc zrymowaliśmy go z trunek. Wyszło co wyszło i od tego momentu nie musiałem już przypominać jego nazwy.

Schronisko PTTK na Hali Łabowskiej
Ponury las w Beskidzie Sądeckim

     Dalsza część drogi biegnie grzbietem w stronę Jaworzyny Krynickiej. Zanim docieramy na jej szczyt zostajemy zmuszeni do sięgnięcia po kurtki przeciwdeszczowe. Praktycznie na sam koniec zaczęło padać. W końcu meldujemy się na szczycie Jaworzyny, której wysokość wynosi 1114 m. Przychodzi nam się zderzyć z rzeczywistością i cywilizacją, ponieważ na szczycie znajduje się górna stacja kolejki gondolowej. Jaworzyna Krynicka jest zimową porą jednym z największych w Polsce ośrodków narciarskich. Znajduje się tutaj 14 km tras zjazdowych, a planowane są kolejne. Mimo złej pogody, deszczu, wiatru oraz zimna nie brakowało chętnych, którzy wyjechali na górę kolejką w adidasach, krótkim rękawie i jeansach.

Kosmiczne kapsuły wwożą na szczyt Jaworzyny Krynickiej hordy dzikich ssaków miejskich 🙂

     Trochę dziwnie wyglądaliśmy tam w pełnym rynsztunku z wielkimi plecakami okrytymi raincoverami. Szybko uciekliśmy w dół, by móc choć jeszcze na chwilę pobyć na łonie natury. Szlak początkowo biegnie wzdłuż stoku narciarskiego, mijamy Diabelski Kamień, po czym wchodzimy na moment w las, by znów schodzić po trasach biegowych. Korzystając z tego, że jesteśmy sami postanowiliśmy chwilę jeszcze poleżeć na polanie i nacieszyć się górami. W końcu schodzimy na sam dół nad Czarny Potok. Przed nami dosłownie ostatnie już podejście i zejście zboczami Holicy.

     Jesteśmy w Krynicy Zdrój. Udało się! Daliśmy radę! Za nami 146 km po szlakach Gorców, Pienin oraz Beskidu Sądeckiego. W sercu radość, że to już koniec, w głowie pomysły na kolejne wyjazdy.

     Na sam koniec chciałem jeszcze tylko napisać jak bardzo na plus zaskoczył mnie Beskid Sądecki, a zwłaszcza pasmo Radziejowej. Jak już wspominałem na samym początku była to dla nas wielka niewiadoma, ale teraz z całą pewnością mogę powiedzieć, że jeszcze tam wrócimy. Fajnie byłoby na jesień, kiedy bukowy las zacznie mienić się wszystkimi kolorami i będzie nam dane podziwiać złotą, polską jesień…

Write A Comment

Podobał Ci się wpis?

Znalazłeś interesujące Cię informacje?

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!

Nic Cię to nie kosztuje, a nas zmotywuje do dalszej pracy 🙂