Co prawda w kalendarzu zima, ale co to za zima bez śniegu i mrozu. Za oknem szaro, buro i ponuro, deszcz i wiatr. Człowieka nosi, a pogoda skutecznie niweczy kolejne plany wyjazdu w Tatry. W takim momencie potęguje się we mnie uczucie nostalgi za górami i sięgam pamięcią wstecz do kolejnych wyjazdów. W takich okolicznościach przypomniałem sobie o naszym czerwcowym wyjeździe w Beskid Żywiecki. Nie wiem dlaczego nie zamieściłem relacji z tego wyjazdu wcześniej, bo wypad był pierwsza klasa i udało nam się przejść solidny kawał Żywiecczyzny. Dlatego postaram się przybliżyć Wam trochę zakamarki tej części Beskidów. Założenie wyjazdu było proste, wędrujemy z plecakami od schroniska do schroniska przez cztery dni wzdłuż graniacy polsko-słowackiej. Plan oraz profil całej trasy poniżej.

Plan wędrówki po Beskidzie Żywieckim
Plan wędrówki po Beskidzie Żywieckim (źródło: http://mapa-turystyczna.pl/route/z55s)
Profil naszej trasy
Profil naszej trasy

     Dzień I

     Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od stacji PKP w Zwardoniu, gdzie dotarliśmy wczesnym rankiem pociągiem z Katowic. Celem pierwszego dnia było schronisko PTTK na przełęczy Przegibek. W sumie mieliśmy do przejścia tego dnia 25,7 km. Na tułaczkę po beskidzkich szlakach udało nam się namówić znajomych Eli. Bardzo nas to ucieszyło, ponieważ zazwyczaj nie potrafimy znaleźć chętnych na wspólne szwędanie się po górach. W końcu w czwórkę wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Wielkiej Raczy. Czekało na nas całkiem sporo podejścia pod górę, bo całkowita suma podejść na tym odcinku trasy wynosiła, aż 953m. Biorąc pod uwagę Beskidy chyba tylko na Pilsko i Babią Górę jest większe podejście. Pogoda naprawdę dopisała, było słonecznie i ciepło. Później prosiliśmy jeszcze o odrobinę ochłody.

     W każdym bądź razie w dobrych humorach żywo maszerowaliśmy przed siebie. Po ok. 5h30min dotarliśmy na szczyt Wielkiej Raczy (1236 m). Innych turystów było jak na lekarstwo więc mogliśmy cieszyć się względnym spokojem i podziwiać roztaczające się ze szczytu panoramy. Po krótkiej przerwie regeneracyjnej ruszyliśmy dalej. Przed nami pozostawało jeszcze 11 km marszu wzdłuż granicy szlakiem koloru czerwonego. Na szlaku zastaliśmy totalne pustki, z tego co pamiętam to nie minęliśmy chyba nikogo. Po pewnym czasie zmęczenie dało się we znaki naszym znajomym przez co tempo marszu osłabło i co chwilę musieliśmy robić przerwy na odpoczynek. Droga dłużyła się przez to w nieskończoność, ale nie mogliśmy zostawić ich przecież samych. Staraliśmy się ich motywować do dalszej wędrówki, choć nie przynosiło to większych efektów. W końcu późnym wieczorem udało nam się dotrzeć do schroniska na przełęczy Przegibek, gdzie wszyscy odetchnęli z ulgą. Nasi znajomi padli jak muchy. My zadowoleni z siebie cieszyliśmy się chwilą gotując kolację i popijając piwko. Uwielbiam ten moment po całym dniu wędrowania, kiedy można zrzucić z siebie plecak, zdjąć buty i usiąść wygodnie rozkoszując się górskimi widokami i miejscowym klimatem. Niestety nasi kompani oznajmili nam, że dla nich to koniec wycieczki. Mimo naszych prób przekonania ich, aby szli z nami dalej ta sztuka nam się nie udała.

     Dzień II

     Od teraz naszą wędrówkę kontynuowaliśmy sami. Przed nami był kolejny odcinek drogi zmierzający tym razem do bacówki Krawców Wierch. Do pokonania mieliśy tym razem 26km, czyli mniej więcej tyle samo co poprzedniego dnia. Początkowo szliśmy niebieskim szlakiem trawersując zbocza Wielkiej Rycerzowej (1226 m), docierając na Halę Rycerzową i bacówkę na Rycerzowej. Korzystając ze świetnej pogody oraz sporego zapasu czasu postanowiliśmy zjeść drugie śniadanie i napić się kawy. Nic nie smakuje tak wybornie jak świeże ciasto z owocami i aromatyczna kawa na łonie natury. Dodam, że ciasto było własnej roboty, tzn. Eli roboty 🙂 Wyszło i smakowało przepysznie. Nie śpiesząc się specjalnie cieszyliśmy się sobą i otaczającą nas przyrodą.

     W końcu wyruszyliśmy w dalszą podróż. Zmierzaliśmy żółtym szlakiem w kierunku przełęczy Przysłop, skąd stromo pod górę odbiliśmy w kierunku południowo-wschodnim na szlak w kolorze niebieskim. Tego koloru trzymaliśmy się już, aż do bacówki Krawców Wierch. Ku mojemu zdziwieniu owe strome podejście, które wyprowadzało na wzniesienie o nazwie Świtkowa, sprawiło sporo problemów Eli. Nie wiem jak, nie wiem dlaczego, ale dosłownie wpełzła na czworaka do góry chwytając się po drodze wszystkiego, trawek, korzonków, gałązek i Bóg wie czego jeszcze 🙂 No coż, nie ważne jak, ważne, że do przodu 🙂 Dalej droga wiodła mniej więcej w miarę równym terenie, tzn. wahania wysokości względne nie przekraczały 100 m. Było tak, aż do odejścia w prawo żółtego szlaku prowadzącego do chatki Kohutik. Od tego miejsca czekało nas kolejne strome i wymagające kondycyjnie podejście pod Oszusta (Oszasta, Oszusa). Muszę przyznać, że i ja zostawiłem tam sporo energii.

     Niestety tego dnia i ja zacząłem odczuwać skutki wędrówki. Za nami znajdowała się mniej więcej połowa zaplanowanej na ten dzień trasy, a mnie zaczynały piec stopy. Z racji dobrych prognoz pogody zabrałem ze sobą stare, lekkie buty trekkingowe, w których zaczynałem swoją przygodę z górami. Jak się okazało postanowiły one dokonać swego żywota w górach. Wytarta podeszwa oraz wkładka pozbawiły mnie amortyzacji. Efekt tego był taki, że dalsza część drogi nie była już tak komfortowa, ale co tam, byle do przodu 🙂 Minęły kolejne godziny i kilometry przebytej drogi i powoli zaczęliśmy odczuwać to w nogach. Po dotarciu na przełęcz Glinka miałem ochotę wyrzucić buty do kosza i kontynuować wycieczkę w japonkach 😀 Na szczęście stąd już tylko nieco ponad 1h drogi do bacówki więc wykrzesałem resztę sił w sobie i poszliśmy dalej. Nareszcie po ok. 10h i pokonaniu 26 km dotarliśmy na miejsce naszego noclegu.

     A nocleg też okazał się specyficzny, ponieważ jedyny na jaki udało nam się załapać była popularna “gleba”. Za nim jednak poszliśmy spać wkręciliśmy się jeszcze na wieczorne ognisko z malowniczym zachodem słońca w tle. Przy okazji była to świetna okazja, żeby wszyscy, którzy zostali na noc na bacówce, mogli ze sobą porozmawiać i się bliżej poznać. Do nocnych atrakcji należy doliczyć jeszcze głośne chrapanie kogoś za ścianą, które skutecznie uniemożliwiło spanie pozostałym.

     Dzień III

     Dzień trzeci to ok. 16,5 km odcinek na Pilsko i schornisko na Hali Miziowej. Biorąc pod uwagę dwa wcześniejsze dni czekało nas stosunkowo krótkie i łatwe przejście. Nieśpiesznie zjedliśmy śniadanie na polanie przed bacówką Krawców Wierch i powoli zebraliśmy się do wyruszenia w dalszą drogę. Wszystko było by ok, gdyby nie okropny ból głowy jaki mi doskwierał. Chyba przesadziłem z integracją 😛 Na szlaku mijaliśmy co jakiś czas idących z naprzeciwka uczestników Beskidzkiej Chłosty. Beskidzka Chłosta jak mówią jej organizatorzy to nic innego jak nocna impreza górska ludzi pozytywnie zakręconych polegająca na przejściu trasy wyznaczonej po beskidzkich szlakach w określonym czasie. I tak np. trasa II edycji Beskidzkiej Chłosty miała 55 km i prowadziła z Żywca przez Halę Miziową, Trzy Kopce, Krawców Wierch, Złatną na schronisko Hala Rysianka. Fajna impreza, może kiedyś weźmiemy w niej udział i sprawdzimy się w boju 🙂 W każdym bądź razie my kontynuowaliśmy naszą wędrówkę w kierunku Pilska. Po dotarciu na Halę Miziową zastaliśmy istny armagedon. Wszędzie było mnóstwo ludzi, w zdecydowanej większości niedzielnych turystów, którzy przyjechali wypić tutaj piwo, zjeść kiełbasę z grilla, pozostawiając po sobie kupę śmieci, by później radośnie wrócić do domu. Totalny chaos, wrzało jak w ulu. Ogólnie nie mam nic przeciwko temu, żeby Ci ludzie przyjeżdżali w góry, zabrali ze sobą rodziny, oderwali dzieci od komputerów i zarazili bakcylem górskiego wędrowania, ale to wszystko działo się i dzieje bez poszanowania innych oraz otaczającej nas przyrody. Nie wspomnę już o podstawowym ubiorze w góry, który jak wszyscy wiemy pozostawia często wiele do życzenia. Nie lubię takich komercyjnych i bardzo turystycznych miejsc i staram się ich unikać jak tylko mogę. Zdecydowanie wolę małe schroniska, zaszyte gdzieś w lesie, gdzie wieczorem można napalić w kominku, posłuchać jak ktoś gra na gitarze i do tego zaśpiewać. Klimat, dusza i ludzie – tego najczęściej brakuje w tych wszystkich nowych schroniskach, które stały się bardziej hotelami nastawionymi na klienta z grubym portfelem.

     Wracając do naszego wędrowania to po przebiciu się przez chmarę ludzi udaliśmy się na szczyt Pilska. Z nieba lał się niesamowity żar, upał był niemiłosierny. Może dzięki temu na szczyt nie zawędrowali wszyscy spod schroniska. Podeszliśmy na słowacką stronę, gdzie zaszyliśmy się we wrzosach na skraju polanki i cieszyliśmy oko widokiem na rozciągająca się panoramę. A widać dosyć sporo, bo pogoda piękna więc i na horyzoncie pojawiły się Tatry. Nasyceni otaczającą scenerią wróciliśmy na schronisko, gdzie na szczęście ubyło ludzi i mogliśmy kontynuować nasze leniuchowanie 🙂

Dzień IV

Był to już ostatni dzień naszego wędrowania po Beskidzie Żywieckim. Mieliśmy przed sobą do przejścia 21 km. Ze schroniska na Hali Miziowej skierowaliśmy się z powrotem w kierunku Trzech Kopców skąd dalej czerwonym szlakiem poszliśmy do schroniska na Rysiance. Ku naszemu zaskoczeniu trafiliśmy tam na porę śniadaniową uczestników Beskidzkiej Chłosty, która właśnie tam miała swój finał. Wszyscy grzecznie zamawiali w bufecie śniadaniowe specjały, a my jak te ostatnie żule zamówiliśmy po piwie i drożdżówce 😛 Rozsiedliśmy się na polanie i podziwialiśmy krajobraz. Nasze “II śniadanie” smakowało wybornie 🙂 Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w dalszą drogę. Minęliśmy schronisko na Hali Lipowskiej i po paru minutach skręciliśmy w prawo kierując się zielonymi znakami. Po 1h15min dotarliśmy pod kolejne schronisko, tym razem na Hali Boraczej. Uzupełniliśmy zapasy czegoś do picia i zaczęliśmy schodzić w kierunku Milówki, skąd mieliśmy wrócić pociągiem do Katowic. Po dojściu do Milówki okazało się, że mieliśmy jeszcze sporo czasu do najbliższego pociągu więc postanowiliśmy ulżyć naszym stopom i wskoczyliśmy wymoczyć je w Sole 🙂 Woda w rzece była lodowata i zadziałała bardzo orzeźwiająco oraz pobudzająco.

     Podsumowując nasz wypad napiszę krótko: było zajefajnie! W cztery dni przeszliśmy 89 km, 3839 m przewyższeń oraz 4065 m obniżeń. Moje buty dokonały żywota i odeszły na wieczną wachtę 🙂 Każdemu serdecznie polecamy Beskid Żywiecki, w który nie raz zapewne jeszcze wrócimy!

Write A Comment

Podobał Ci się wpis?

Znalazłeś interesujące Cię informacje?

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!

Nic Cię to nie kosztuje, a nas zmotywuje do dalszej pracy 🙂