Naszą górską przygodę w ukraińskiej Czarnohorze rozpoczęliśmy w miejscowości Lezeszczyna. Po trwającej prawie 15 h podróży z Katowic poprosiliśmy kierowców, żeby wysadzili nas na przystanku w tej właśnie wiosce. Nie było z tym żadnego problemu, bo już od paru godzin byliśmy jedynymi pasażerami autobusu zmierzającego docelowo do Rachowa. Plan na pierwszy dzień nie był szczególnie intensywny, bo zamierzaliśmy dotrzeć jedynie do przysiółka o nazwie Koźmieszczyk, położonego kilka kilometrów na południe. Autobus odjechał, kurz opadł i po małym przepakowaniu plecaków rozpoczęliśmy naszą kolejną przygodę. (P.S. O tym jak dojechać w Czarnohorę przeczytać w ostatnim >> wpisie <<).

Przytłoczeni ciężarem plecaków (mój ważył 22 kg!!) leniwie maszerowaliśmy pośród skromnych gospodarstw. Po przejściu zaledwie kilkuset metrów ujrzeliśmy zgoła odmienny widok. Przed nami wyłoniła się nowo wznoszona cerkiew, której gotowy, złoty dach zdecydowanie kontrastował z otaczającą nas rzeczywistością. Nie wiem z czego to wynika, ale zdecydowana większość, jak nie wszystkie, mijane przez nas cerkwie były „zrobione na bogato” i z daleka rzucały się w oczy połyskującymi kopułami. Ot taki ukraiński klimat. Przy okazji byliśmy jeszcze świadkami pogrzebu. Przeżyliśmy lekkie zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy, że trumna przyjechała na pace samochodu ciężarowego przyozdobionego świerkowymi gałązkami i dywanami. W jednej chwili zapomnieliśmy o rzeczywistości jaką znamy z własnego podwórka i o postępie cywilizacyjnym, który rozpieszcza nas na co dzień w niemal każdej sferze życia. Na Ukrainie cofnęliśmy się pod tym względem o dobrych kilkanaście, kilkadziesiąt lat wstecz…

Po takim wstępie przez głowę przelatywały mi różne myśli i rozważania, ale szybko o nich zapomniałem, kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy wznoszącą się ponad wszystkim Howerlę. Jedno spojrzenie i wszystkie rozterki egzystencjalne, które jeszcze przed ułamkiem sekundy zaprzątały mi głowę zeszły na dalszy plan. Soczysta zieleń, kwitnące drzewa i kwiaty, zapach wiosny w powietrzy i ośnieżony wierzchołek Howerli w tle. Czego chcieć więcej? Oczywiście, że stanąć na jej wierzchołku! Ale hola, hola! Nie tak prędko.

Najpierw musieliśmy dojść do Koźmieszczyka, gdzie zaplanowaliśmy nasz pierwszy biwak. Mijając kolejne gospodarstwa mogliśmy obserwować codzienne życie ich mieszkańców, które upływało pod znakiem ciężkiej, acz spokojnej pracy.

Szliśmy szutrową drogą cały czas mając przed sobą grzbiet Czarnohory. Na początku kierowaliśmy się znakami koloru zielonego, do których dołączyły po pewnym czasie kolejne pomalowane na żółto. To właśnie tego koloru mieliśmy się trzymać do końca dnia, aby dotrzeć do zabudowań Koźmieszczyka. Zostawiając za sobą tory kolejowe oraz ostatnie zabudowania weszliśmy do Karpackiego Parku Narodowego. O tym kiedy przekroczycie jego granicę zorientujecie się, kiedy zostaniecie zatrzymani przez strażnika parku i poproszeni o zapisanie Waszych danych do książki oraz tego, gdzie i kiedy zamierzacie iść. Na koniec dostaniecie jeszcze numer telefonu alarmowego na wypadek „W” i tyle. Wstęp do parku nie kosztuje nawet 1 hrywny. Pożegnaliśmy Pana strażnika i ruszyliśmy dalej.

Droga wiła się malowniczo pośród lasu i majowych, ukwieconych łąk. Popołudniowe słońce powoli chyliło się ku zachodowi malując wszystko w ciepłych barwach. W zaplanowane miejsce udało nam się dotrzeć zanim schowało się za linią horyzontu. W Koźmieszczyku zastaliśmy kilka gospodarstw agroturystycznych, w których krzątało się kilku turystów. Jako, że mamy w zwyczaju choć w niewielkim stopniu wspierać miejscową ludność w miejscach, w które podróżujemy postanowiliśmy zatrzymać się przy jednym z nich i rozbić nasze małe M2. Strasznie ciążyło mi już na plecach i z radością zrzuciłem je na ziemię. Za rozbicie namiotu zapłaciliśmy po 40 UAH od osoby (niecałe 6zł). Dla nas żaden majątek, a przynajmniej miejscowy gospodarz sobie coś dorobił. W międzyczasie kiedy ja rozbijałem namiot, Ela ogarnęła jeszcze piwko na wieczór. Okazało się, że w domu gospodarza był mały sklepik i można było się w nim zaopatrzyć w podstawowe artykuły oraz kupić coś do wszamania na obiad czy kolację.

Rozbicie namiotu poszło mi dosyć szybko więc korzystając z ostatnich promieni słońca poszedłem do lasu, żeby zaopatrzyć nas w drewno na ognisko. Miałem szczęście, bo niedaleko była zrywka więc pozbierałem luźne gałęzie, które przytargałem do naszego obozowiska. Co prawda nigdy nie byłem harcerzem, ale rozpalenie ogniska poszło mi tak sprawnie, jak gdybym od lat nosił odznakę za zdobycie sprawności ogniomistrza 😛 Przyjemnie było spędzić wieczór przy ognisku i grzejąc się w blasku jego płomieni popijając przepyszne Zakarpackie. Od chwili kiedy po raz pierwszy moje kubki smakowe zakosztowały w jego smaku żadne inne piwo mi nie smakuje. Na szczęście udaje mi się je czasem kupić także w Polsce więc nie musiałem zostawać abstynentem 😉

Następnego poranka wstaliśmy skoro świt. Tym razem rozkład dnia był dosyć ambitny więc wcześniejsze wyjście na szlak było jak najbardziej wskazane. Jako, że jesteśmy kolekcjonerami i lubimy dopisywać w notesiku kolejne zdobyte szczyty wymyśliliśmy sobie, że w czasie naszej wędrówki po Czarnohorze zdobędziemy wszystkie dwutysięczniki Ukrainy. Ich listę oraz inne praktyczne informacje o Czarnohorze zajedziecie w ostatnim >> wpisie <<. Pierwszym na naszej drodze szczytem z tej listy był Pietros wznoszący się na wysokość 2020 m. Ogarnąwszy się ze śniadaniem zarzuciliśmy cały nasz dobytek na plecy i obraliśmy kierunek na przełęcz Kakaradza. Na rozwidleniu szlaków skręciliśmy w prawo kierując się niebieskimi znakami. Przed naszymi oczami wyłoniła się sylwetka Pietrosa. „Wow! Będzie stromo” – pomyślałem i o czym przekonaliśmy się na własnej skórze kilka godzin później.

Słońce swymi promieniami zagrzewało do życia, szum potoku nucił swoją pieśń, a zapach wiosny oraz wilgotnego lasu wodził naszymi nozdrzami. Zapowiadał się piękny dzień. Po krótkiej chwili szlak zaczął piąć się w górę od razu przypominając nam o kilogramach, które nieśliśmy na plecach. Cóż, taki urok ukraińskich Karpat, że cały dobytek trzeba mieć ze sobą. Mimo to uważam, że Czarnohora jest tego warta i daje w zamian o wiele więcej. Cisza, spokój, wolność, samotność, swoboda, cudowne widoki, dzika przyroda. Wszystko to dostaniecie w zamian. Naprawdę warto.

Z upływem czasu szum potoku ucichł i zastąpiły go trele ptaków. Maszerując w tym radosnym akompaniamencie dotarliśmy do połoniny Hołowczeska. Wielkie było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy na niej tysiące krokusów. Przecież u nas w Tatrach już dawno było po krokusowym szaleństwie, a przed nami rozciągało się morze fioletu 🙂 Wow! Kto nas zna i czyta nasze relacje wie, że raczej stronimy od miejsc, w których możemy się natknąć na tłumy turystów więc o posiadaniu krokusów na wyłączność w dolinie Chochołowskiej możemy pomarzyć. A tu proszę! Niespodzianka! Wszystkie krokusy nasze! Ucieszyliśmy się bardzo, że udało nam się tak wykolegować system 😀 W tej przepięknej scenerii zrobiliśmy sobie krótką przerwę gastronomiczno-fotograficzną po czym ruszyliśmy w dalszą wędrówkę. Po drodze minęliśmy jeszcze pasterską chatę, w której w razie czego można przenocować lub przeczekać załamanie pogody. Powyżej połoniny Hołowczeska weszliśmy znów w las, w którym zalegało jeszcze sporo śniegu. Na szczęście śnieg był dosyć ubity więc zapadaliśmy się w nim jedynie sporadycznie. Kiedy wyszliśmy powyżej granicy lasu ujrzeliśmy Pietrosa w całej okazałości. Potwierdziły się moje wcześniejsze przypuszczenia, że podejście na jego wierzchołek będzie strome. Kilka minut później staliśmy na przełęczy Kakaradza, przez którą przebiega główny, czerwony szlak biegnący przez całą grań Czarnohory. Od tej pory to właśnie nim mieliśmy przemierzać czarnohorski grzbiet.

W wejściu na Pietrosa towarzyszyła nam grupa ukraińskich harcerzy, z którą wielokrotnie mijaliśmy się na podejściu w górę. Z racji naprawdę sporego nachylenia (470 m przewyższenia na odcinku ok. 1,5 km!) i solidnie obładowanych plecaków zarówno my jak i oni musieliśmy robić sobie co chwilę przerwę na złapanie oddechu, a przy okazji podziwianie widoków. A te były naprawdę świetne! Ze szczytu Pietrosa jak na dłoni mieliśmy całą grań Czarnohory począwszy od nieodległej Howerli, a kończąc na zamykającym stawkę Popie Iwanie. Poza tym dookoła po horyzont wznosiły się kolejne pasma ukraińskich Karpat: Świdowiec, Gorgany, Góry Pokuckie, Góry Rachowskie i odległe rumuńskie Marmarosze.

Na szczycie, gdzie posiedzieliśmy krótką chwilę przyglądaliśmy się jak ukraińscy harcerze przeprowadzają apel. Uśmialiśmy się jak co poniektórzy musieli robić karne pompki 😛 Koniec końców Ukraińcy pomaszerowali dalej granią w stronę Kwasów, a my rozpoczęliśmy powrotne zejście na przełęcz Kakaradza, by  pomaszerować dalej głównym grzbietem w kierunku Howerli. Pierwszy ukraiński dwutysięcznik zaliczony 🙂

Trochę obawiałem się tego zejścia, bo z naszymi obładowanymi plecakami przyciąganie ziemskie działało na nas mocniej niż zazwyczaj, ale udało nam się szybko i sprawnie znaleźć z powrotem na przełęczy bez koziołkowania.

Kiedy przeszliśmy ledwo kilkanaście metrów od drogowskazu znajdującego się na przełęczy Ela krzyknęła do mnie nerwowo „Uważaj!”. Stanąłem od razu wryty jak w ziemię. Gdyby nie Ela z pewnością nadepnąłbym na żmiję zygzakowatą, która rozłożyła się idealnie na środku ścieżki i gasiła pragnienie w kałuży. Oczywiście nie przyszło mi do głowy żeby czasem spojrzeć pod nogi. Aparat i otaczające nas krajobrazy były ważniejsze 😛 Ufff… co za szczęście, bo gdyby nie reakcja Eli pewnie miałbym już po wyjeździe. Dodam tylko, że był to drugi osobnik tego gatunku, którego spotkaliśmy na swojej drodze. Dzień wcześniej w Lezeszczynie żmija również przepełzła tuż przed nami.

Z przyspieszonym biciem serca ruszyliśmy w dalszą drogę. Szlak wił się malowniczo pośród zaśnieżonego lasu. W miejscach, w których promienie słońca zdążyły wytopić śnieżną pokrywę od razu pojawiały się krokusy. Naprawdę były wszędzie! Kiedy tak sobie spokojnie maszerowaliśmy dogoniło nas czworo Ukraińców, z którymi jak się później okazało przyszło nam się bardziej zintegrować, ale o tym za chwilę. Zanim doszliśmy na przełęcz Peremyczka zatrzymaliśmy się przy źródełku, znajdującym się tuż poniżej. Uzupełniliśmy zapasy wody i kilka chwil później byliśmy na przełęczy, gdzie znajduje się samoobsługowe schronisko. Według pierwotnego planu chcieliśmy tylko na moment odpocząć, coś zjeść i podejść jeszcze dalej do schronu pod Howerlą, ale zaczął padać lekki deszcz i stwierdziliśmy, że zostaniemy na noc na przełęczy Peremyczka. W sumie to nie wiedzieliśmy dokładnie ile zajmie nam jeszcze podejście do schronu i czy będzie wolny więc mając do wyboru pewny dach nad głową, a rozbijanie namiotu w kosówce zdecydowanie woleliśmy tą pierwszą opcję. Jak się okazało swój nocleg zaplanowali tutaj również Misza, Slawa, Nikola i Jura. Tak bowiem nazywali się spotkani na szlaku Ukraińcy, z którymi krótką chwilę rozmawialiśmy. W ogóle wyszło, że mijaliśmy się z nimi już wcześniej, w czasie naszego podejścia na Pietrosa, dlatego bardzo się zdziwili widząc nas znów przed sobą.

Była jeszcze dosyć wczesna godzina więc póki co na schronisku byliśmy jedynymi gośćmi. Zostawiliśmy z Elą rzeczy na poddaszu i poszliśmy pichcić coś do jedzenia pod wiatą znajdującą się obok budynku. Uwielbiam ten moment, kiedy po całym dniu marszu, mogę w końcu usiąść i zjeść zasłużony obiad. Do szczęścia brakowało tylko Zakarpackiego… 😛

Kiedy wróciliśmy z powrotem na poddasze schroniska, Jura od razu zawołał nas, abyśmy dosiedli się do nich. Długo nie daliśmy się prosić i po chwili siedzieliśmy razem przy jednym stole. Trafiliśmy akurat na moment, kiedy przygotowywali sobie obiad i wielkie było nasze zdziwienie, kiedy na stole wylądował wielki gar, deska do krojenia, cebula, słonina, makaron, słoiki z jedzeniem, kawiarka i pełno innych rzeczy. Nie mam pojęcia, gdzie oni to zmieścili i nie chcę wiedzieć ile ważyły ich plecaki! Oczywiście nie mogło być inaczej i gościnni Ukraińcy naładowali nam na talerz porcję spaghetti, które w międzyczasie się ugotowało. Nie docierało do nich tłumaczenie, że przed chwilą zjedliśmy obiad i że mamy pełne brzuchy i bardzo, ale to bardzo dziękujemy. Nie. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że jak nie zjemy to się na nas obrażą i tyle. No nic, trzeba było zjeść. Po obiedzie wyszło, że był to dopiero przedsmak ich gościnności. Wyglądało to trochę zabawnie, bo Misza i  Jura wyciągali co chwilę jakieś smakołyki z plecaka pytając czy w Polsce też takie mamy. Na pierwszy strzał poszło zagęszczone mleko słodzone. Odpowiadając im, że mamy kilka tubek w plecaku trochę ich rozczarowaliśmy. W dalszej kolejności na stole lądowała czekolada, Snickers’y i inne słodkości. Nie mogąc nam niczym zaimponować wesoły kwartet wyciągnął nas stół cięższy oręż. Przed nami wylądował kozacki bimber z Zaporoża, jakiś koniak, słonina, pokrojona cebula i ser na zagrychę. Co jak co, ale w tym wypadku zostaliśmy bez słowa i musieliśmy zakosztować w tych specjałach. Zaczęła się seria toastów: za Polskę, za Ukrainę, za przyjaźń polsko-ukraińską, za nas, za nich, za wszystko 🙂

Jak nie trudno się domyślić wraz z kolejnymi toastami także nasza rozmowa wchodziła na coraz wyższy poziom. Zabawne jest to, że czytając wszystkie poradniki i ostrzeżenia na stronie MSZ jednym z pierwszych zaleceń jest to, aby nie wdawać się z miejscowymi w rozmowę na temat polityki. I co? Jednym z pierwszych pytań ze strony Miszy, Nikoli, Jury i Slawy było to czy jesteśmy zadowoleni z naszego rządu, z polityków, z sytuacji gospodarczej w Polsce, gdzie pracujemy i co robimy, jak nam się żyje w Polsce, czy lubimy Ruskich, bo przecież oni zabili nam prezydenta itd., itd. Staraliśmy się jak tylko mogliśmy wybrnąć z tego krzyżowego ognia pytań, tak żeby przypadkiem nie nadepnąć nikomu na odcisk i nie wywołać jakieś awantury. Na szczęście obyło się bez zgrzytów i w przyjaznej, wesołej atmosferze spędziliśmy wieczór. Jeśli można tak to nazwać to do niewielkiego doszło, kiedy grzecznie podziękowałem za kolejny kieliszeczek bimbru. W odpowiedzi usłyszałem tylko hasło: „Za Kozaka się nie napijesz? Nie obrażaj nas!” 🙂 Cóż, trzeba było wypić jeszcze zdrowie Kozaka 🙂 Dzięki Bogu później już mi odpuścili, inaczej wylądowałbym pod stołem 😛 Żeby nie kusić bardziej losu podziękowaliśmy za gościnę i wyszliśmy na zewnątrz zaczerpnąć świeżego, rześkiego powietrza przy promieniach zachodzącego słońca.

Z racji tego, że wstawaliśmy bladym świtem, a następnego dnia czekał nas kluczowy odcinek naszego przejścia grani Czarnohory postanowiliśmy się porządnie wyspać i położyliśmy się wcześniej spać. Padliśmy jak muchy i nawet dzikie hordy Ukraińców, które później dotarły na schronisko nie przeszkadzały nam w oddawaniu się objęciom Morfeusza.

Dalsza część naszej ukraińskiej historii wkrótce 🙂

Write A Comment

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!