„Istnieją dwa powody, które nie pozwalają ludziom spełnić swoich marzeń. Najczęściej po prostu uważają je za nierealne. A czasem na skutek nagłej zmiany losu pojmują, że spełnienie marzeń staje się możliwe w chwili, gdy się tego najmniej spodziewają. Wtedy jednak budzi się w nich strach przed wejściem na ścieżkę, która prowadzi w nieznane, strach przed życiem rzucającym nowe wyzwania, strach przed utratą na zawsze tego, do czego przywykli” – Paulo Coelho.

Wyjazd do Maroka z zamiarem wejścia na Jebel Toubkal wyszedł trochę przypadkowo, a już na pewno spontanicznie. Być może przewinęło Wam się na naszym facebookowym fanpage’u, że od czasu do czasu startujemy również w Runmageddonach. Jesienią 2017 r. okazało się, że w marcu bieżącego roku jedna z imprez RMG ma odbyć się w Maroku na Saharze! Zamarzyliśmy o przygodzie i oczami wyobraźni już widzieliśmy się na starcie tego niecodziennego biegu! Niestety ceny pakietów startowych szybko jednak rozwiały tą wizję, ale w dalszym ciągu bardzo chcieliśmy przeżyć kolejną przygodę. Nie zastanawiając się długo stwierdziliśmy, że zorganizujemy sobie na własną rękę trip do Maroka i zamiast biegać po pustyni staniemy w szranki z pierwszym czterotysięcznikiem w naszej górskiej karierze.

Do Maroka wybraliśmy się w składzie ja (Tomek :D), Ela, Adrian i Karolina. Rezerwując bilety lotnicze z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem nie mieliśmy gwarancji, że trafimy na okno pogodowe w górach. Z Jebelem jest tak, że albo przez kilka dni utrzymuje się tam przyzwoita pogoda, albo przez dłuższy czas nie ma co wychylać nosa ze schroniska. Obserwując przed wylotem ostatnie prognozy pogody miałem nietęgą minę. Po dwóch dniach względnie dobrych warunków nad Atlas Wysoki miał nadejść front przynoszący spore opady i duże zachmurzenie. Oczywiście nie o takich warunkach pogodowych marzyliśmy i konieczna była modyfikacja pierwotnych założeń. Postanowiliśmy zaryzykować i zrobić rzecz szaloną.

Zdecydowaliśmy, że maksymalnie wykorzystamy dwa dni dobrej pogody i od razu po przylocie ruszymy w góry. Czemu napisałem, że zaszalejemy i ryzykujemy? W poradniku jak zdobyć Jebel Toubkal napisałem, że bardzo ważna jest dobra aklimatyzacja, w końcu zamierzaliśmy wejść na górę, która ma ponad 4000 m. Najlepiej pierwszego dnia dotrzeć do Imlil, spędzić tam noc i kolejnego ruszyć dalej do schroniska. Dopiero po nocy spędzonej w schronisku można myśleć o wyjściu w kierunku szczytu. Wniosek: aby zrealizować ten plan potrzeba minimum trzech dni. My mieliśmy dwa, a w zasadzie to półtora, bo wylądowaliśmy w Marrakeszu krótko przed południem.

Rozpoczęła się walka z czasem i trzeba było działać. Wprost z lotniska, które położone jest na wysokości ok. 400 m n.p.m. złapaliśmy taksówkę do Imlil. Po dotarciu na miejsce od razu przechwycili nas tamtejsi sprzedawcy, u których wypożyczyliśmy raki dla Adriana i kupiliśmy kartusz z gazem. Nie uszliśmy jeszcze paru kroków, a już kolejni proponowali nam, abyśmy u nich coś przekąsili. Chyba słyszeli jak burczało nam w brzuchach więc przystaliśmy na propozycję i zasiedliśmy do stołu, by po raz pierwszy zakosztować w tadżinie i marokańskiej herbacie. Ciężko było ruszyć tyłki po tych pysznościach, ale czas upływał nieubłaganie. Już wsiadając w taksówkę na lotnisku wiedzieliśmy, że będzie nas czekać wędrówka przy świetle czołówek.

W wiosce panował ożywiony ruch. Turyści mieszali się z miejscowymi, obładowane towarami i bagażami muły powoli przemieszczały się w górę i w dół. Kolorowa karawana przenikała pomiędzy drzewami oraz glinianymi zabudowaniami Imlil. Przez głowę przelatywało mi tysiące myśli, ale chyba najbardziej przebijały się te, że to już, że jesteśmy w Maroku i maszerujemy, by spełnić swe marzenia i przeżyć przygodę.

Po krótkim czasie zostawiliśmy Imlil za naszymi plecami. Przed nami wyrosło Aroumd. Mała, berberyjska wioska przyklejona do zboczy góry. Ją też szybko zostawiliśmy za sobą. Przed nami rozpościerały się już tylko ośnieżone wierzchołki Atlasu Wysokiego. Krok po kroku zagłębialiśmy się w jego wnętrze zdobywając kolejne metry wysokości.

Fajne na szlaku do schroniska było to, że co jakiś czas mija się budki/stragany, na których można kupić sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy, coś przekąsić lub zaopatrzyć się w jakąś pamiątkę. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem i przyznam szczerze, że dziwnie to wyglądało, ale świeżo wyciskany sok na wysokości 2700 m smakuje wybornie 🙂

Jebel Toubkal jest dosyć popularnym celem wycieczek, dlatego też ścieżka do schroniska jest wyraźna i dobrze widoczna. Krajobraz Atlasu Wysokiego jest dosyć surowy. Strome skalisto-kamieniste zbocza tylko gdzieniegdzie porastała roślinność, a z czasem i te skąpe ilości zieleni ustąpiły śnieżnej bieli.

Mniej więcej od wysokości 2700 m przyszło nam podążać w stronę schroniska w iście zimowej scenerii. Biała pierzyna przykrywała wszystko dookoła. Mieliśmy za sobą nieco ponad połowę drogi do celu. Tak jak się spodziewaliśmy zmrok i zapadające ciemności zastały nas jeszcze w trakcie podejścia więc na naszych głowach wylądowały czołówki. W ich świetle kontynuowaliśmy naszą wędrówkę po ośnieżonej dolinie Mizane. Z ulgą przyjęliśmy moment, kiedy w oddali wypatrzyliśmy światełka schroniska. Po niecałych 6h od startu z Imlil zawitaliśmy w murach Refuge Les Muflones. Szybko załatwiliśmy formalności i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Nieprzespana noc, lot do Maroka, podróż do Imlil, wędrówka do schroniska i kosmiczna zmiana wysokości (2800 m) w ciągu kilku godzin odcisnęły swoje piętno na każdym z nas. Wyglądaliśmy jakby uszło z nas powietrze i marzyliśmy tylko o kolacji, ciepłym śpiworze i położeniu się spać. Śnić mieliśmy krótko, bo po zaledwie kilku godzinach spędzonych w objęciach Morfeusza zamierzaliśmy podjąć atak szczytowy. Jestem świadomy, że nie tak powinna wyglądać prawidłowa aklimatyzacja, ale wolałem, żeby bolała mnie głowa na szczycie, aniżeli wyrzuty sumienia, że zmarnowaliśmy jedyne okno pogodowe.

Większość ekip próbę wejścia na Jebel Toubkal podejmuje opuszczając mury schroniska już około godziny 6.00. My też zamierzaliśmy wystartować o tej godzinie, ale kiedy zadzwoniły nasze budziki nasze głowy przypomniały nam, że natury nie da się oszukać i że za szybko znaleźliśmy się na wysokości 3200 m. Z grymasem bólu łyknęliśmy tabletki na ból głowy i zdrzemnęliśmy się jeszcze godzinkę w nadziei, że choć trochę się poprawi.

Ze schroniska udało nam się wyruszyć nieco po 8.00. Minęliśmy Refuge Toubkal i skierowaliśmy swoje kroki na wschód, gdzie czekało nas strome podejście przez próg doliny. Patrząc na zdjęcia wydawać by się mogło, że nasza wspinaczka na szczyt była czystą przyjemnością. Mogłoby tak być, gdyby nie mocny i porywisty wiatr, który hulał w najlepsze i bombardował nasze twarze z całym impetem drobinkami lodu i śniegu. Już od samego początku stało się jasne, że góra łatwo się nie podda i będziemy musieli zawalczyć o jej zdobycie. A że w starciu z górą szanse mieliśmy marne powzięliśmy się na inny sposób. Widząc nadciągający na nas biały obłok oddawaliśmy pokłony górze, mając nadzieję, że nas nie zwieje i nie znokautuje, a przy okazji uda się wyprosić wejście na szczyt. I tak cały czas. Kilka kroków do przodu, pokłony i odpieranie wietrznego ataku. Niestety wiatr nie miał zamiaru osłabnąć i dął nieustannie momentami wzmagając jeszcze na sile.

Nie do końca wzorowo przeprowadzona aklimatyzacja też dawała znać o sobie przez co daleko nam było do zakładanego czasu wejścia na szczyt. O ile mnie tabletki postawiły na nogi i czułem się już całkiem dobrze to reszta ekipy zaczęła słabnąć i musiałem co jakiś czas na nich czekać. Zegar tykał, ale uparcie walczyliśmy o każdy metr w górę. Po pewnym czasie zaczęliśmy spotykać zespoły schodzące już ze szczytu. Wszyscy mówili, że powyżej przełęczy i na samym szczycie wieje bardzo mocny wiatr. Hmm… jakby nie było zdążyliśmy już to odczuć na własnej skórze.

Tuż poniżej podejścia na przełęcz teren znów stawał się nieco bardziej stromy. Analizując sytuację doszedłem do wniosku, że jest to kluczowy moment i trzeba podjąć decyzję co robimy dalej. Wraz z wysokością nasze tempo słabło więc trudno było oszacować ile jeszcze czasu zajmie nam wejście na szczyt. Szliśmy na lekko i wiatr smagał filigranowymi dziewczynami na prawo i lewo więc mieliśmy obawy czy wyżej nie będzie to za bardzo niebezpieczne. Poza tym popołudniu pogoda miała zacząć się pogarszać więc nie mogliśmy dalej iść w takim żółwim tempie. Po krótkiej dyskusji ustaliliśmy, że dziewczyny zaczną już powoli schodzić, natomiast ja z Adrianem podejdziemy jeszcze w stronę przełęczy i ocenimy jak wygląda sytuacja. Rozdzieliliśmy się w bardzo łatwym terenie więc wiedziałem, że dziewczyny sobie poradzą z zejściem i nic im nie grozi, a nieco niżej będą mogły schować się przed wiatrem za dużymi głazami leżącymi w dolinie.

Mniej więcej na wysokości 3900 m n.p.m. Adrian stwierdził, że opada z sił i odpuszcza dalsze wchodzenie i dołączy do dziewczyn, z którymi zacznie powoli schodzić. Zostałem z trudną decyzją czy wracać razem z nim czy próbować samemu atakować szczyt. Biorąc pod uwagę to, że czułem się bardzo dobrze, miałem najszybsze tempo z naszej czwórki, a do szczytu pozostawało już niewiele postanowiłem jednak podjąć próbę wejścia. Czułem, że mam tę moc i jestem w stanie bez problemu to zrobić. Wziąłem od Adriana na wszelki wypadek malutki plecak z piciem i jedzeniem i ruszyłem ostro w górę z nadzieją na zdobycie swojego pierwszego czterotysięcznika!

Droga powyżej przełęczy prowadziła szerokim, nieco stromym zboczem bez żadnych trudności. Jedyną niedogodnością jaka mnie spotkała był brak śniegu na znacznej jego części przez co musiałem odnajdować drogę po jego resztkach, bo nie chciało mi się ściągać raków, które widziałem, że będą mi jeszcze wyżej potrzebne. Po przekroczeniu magicznej granicy 4000 m ja też zacząłem odczuwać nieco skutki przebywania na dużej wysokości i co kilkanaście kroków musiałem na chwilę przystanąć by złapać oddech. Na szczęście nie było tak źle i nie potrzebowałem dłuższych przerw więc mimo wszystko sprawnie poruszałem się w stronę szczytu. Tuż przed wierzchołkiem doszedłem do skalistej grani, którą trzeba było przetrawersować po lewej stronie. Było to chyba jedyne miejsce w drodze na szczyt, gdzie można odczuć ekspozycję. Po jego pokonaniu zobaczyłem w końcu stalową konstrukcję trójnogu znajdującą się na szczycie. Już wiedziałem, że nic mi nie odbierze radości z wejścia na Jebel Toubkal. Wiatr na szczycie był naprawdę mocny, wydaje mi się, że w porywach osiągał do 100 km/h. Na szczęście sam wierzchołek jest bardzo rozległy i płaski więc nie martwiłem się, że mnie zdmuchnie, choć jego porywy trochę mną pozamiatały.

Radość ze zdobycia Jebel Toubkala dzieliłem razem z grupą Chorwatów, którą dogoniłem tuż przed szczytem. Znajdowałem się 4167 m n.p.m. Znów udało się spełnić jedno z górskich marzeń! Na szczycie nie zabawiłem za długo, bo wiatr nie ustępował ani na moment. Zrobiłem kilka fotek i zacząłem schodzić. Z racji tego, że Jebel Toubkal jest najwyższym szczytem Atlasu Wysokiego, ba! całej Afryki Północnej, panorama z jego wierzchołka jest dosyć rozległa, choć mogłem podziwiać ją w nieco ograniczonym zakresie, ponieważ od południa zaczęły nadciągać chmury, które przykryły część Atlasu Wysokiego.

Zejście w dół szło już o wiele, wiele szybciej. Paradoksalnie pomagał w tym wiatr, który tym razem wiał w plecy i spychał mnie w dół. Zmierzając w kierunku doliny Mizane wiedziałem, że to już koniec naszej górskiej działalności w trakcie tego wyjazdu, bo pogoda miała się mocno popsuć. Ubolewałem nad tym bardzo, bo miałem ochotę na trekking po Atlasie Wysokim. Tuż przed samym schroniskiem udało mi się dogonić resztę zespołu więc ostatnie metry pokonaliśmy już razem.

Po zejściu miałem mieszane uczucia, bo z jednej strony cieszyłem się z tego, że udało mi się wejść na Jebel Toubkal i zrealizować jedno z górskich marzeń, ale było mi też przykro, że reszta ekipy nie dała rady zdobyć szczytu. Maroko i Atlas Wysoki bardzo przypadły nam do gustu. Super opcją na lato jest trekking wokół Toubkala zakończony wejściem na szczyt więc kto wie, może wkrótce tam wrócimy? 🙂

Po powrocie na schronisko stwierdziliśmy, że nigdzie już nam się nie spieszy i zostaniemy tam na kolejną noc. Zgodnie z prognozami pogoda po południu zaczęła się psuć i Atlas spowiły chmury oraz zaczął padać deszcz ze śniegiem.

Następnego ranka bez zbędnego pośpiechu ruszyliśmy w drogę powrotną do Imlil. Prognozy pogody ziściły się i w wyższych partiach gór królowały chmury oraz silny wiatr. W czasie zejścia widzieliśmy, że kilka ekip odpuściło dalszą wspinaczkę i zawróciło do schroniska. My natomiast spokojnie zmierzaliśmy w dół, racząc się co chwilę przepysznym, świeżutkim sokiem z pomarańczy.

Na jednym z takich postojów rozejrzałem się co też ciekawego do zaoferowania mają miejscowi sprzedawcy. Długo nie musiałem czekać kiedy jeden z marokańskich Mirków widząc moje zainteresowanie zaczął zachwalać swoje rzeczy. Jeśli byliście już w północnej Afryce zapewne wiecie jak wygląda marketing w arabskim wydaniu. Leżały tam czapki, jakieś wełniane koszule, szale czy chusty oraz wszechobecne w Maroku skamieniałości i minerały. Generalnie nie miałem zamiaru nic kupić i starałem się zbyć sprzedawcę, że tylko się rozglądam itd. Ten jednak nie dawał za wygraną i widząc, że nie za bardzo mam ochotę zostawić mu swoje dirhamy zapytał czy nie mam czegoś co chciałbym wymienić, np. czapki czy kijków. Trochę się zdziwiłem, bo wcześniej nie miałem sposobności handlować w taki sposób. Chwilę się wahałem czy Mirek mówi serio, ale w końcu zdjąłem czapkę i oddałem w jego ręce. Miałem wtedy na głowie najzwyklejszą, polarową czapkę z Decathlonu za całe 7,99 zł więc rozstawałem się z nią bez żalu. Zresztą drugą taką miałem jeszcze w plecaku na wszelki wypadek 😀 Berber obejrzał ją z każdej strony, rozciągnął w jedną, w drugą i z uśmiechem na twarzy założył na swoją głowę pokazując mi jednocześnie, że mogę wybrać sobie dowolną czapkę z jego kolekcji. Nie zastanawiając się specjalnie długu wybrałem pierwszą z brzegu i w ten sposób stałem się posiadaczem berberyjskiej, wełnianej, ręcznie robionej czapki z antenką 🙂 Do tego dostałem jeszcze w gratisie mandarynkę 😀 Po tej transakcji rozochocony Marokańczyk spytał czy nie chcę przypadkiem wymienić jeszcze mojej kurtki. Taaa… już ściągam. Parafrazując klasyka: „Mają tupet sk…” 😀

Apropo handlu z miejscowymi Mirkami to swoją przygodę z nimi zaliczył również Adrian. Kiedy pierwszego dnia zmierzaliśmy do schroniska jeden z nich widząc jak z Adriana wylewają się siódme potu zaczął go dopingować i zachęcać do dalszej drogi proponując oczywiście przy okazji swoje suweniry. Adrian wtedy grzecznie podziękował, ale powiedział, że jak będziemy schodzić to zerknie do niego. Oczywiście kiedy Marokańczyk tylko zobaczył Adriana w drodze powrotnej od razu przypomniał mu sytuację sprzed dwóch dni. A, że Adrian nie rzuca słów na wiatr to zlitował się i kupił od niego koszulkę za całe 5€. Podobno tylko na tyle Adrian wycenił swoje wzruszenie nad losem biednego Mirka.

Dalsza droga do Imlil upłynęła nam dosyć leniwie i spokojnie. W Aroumd rozdałem miejscowym dzieciakom czekolady, które zostały mi po akcji górskiej. Uśmiech na ich twarzach… bezcenny 🙂 To jest niesamowite jak taka mała i zwykła dla mnie rzecz sprawiła im tyle radości. Dwoje chłopaków podążało za nami aż do samego Imlil przybijając ze mną co chwilę high five i wskazując drogę do wioski.

Będąc już Imlil mieliśmy małe deja vu. Wszyscy chcieli nam wszystko sprzedać 😛 Skusiliśmy się jeszcze na przepyszny tadżin na tarasie jednego z budynków i po obiedzie ruszyliśmy w podróż do Marrakeszu.

To by było na tyle naszej górskiej przygody w Atlasie Wysokim. Resztę wyjazdu spędziliśmy zwiedzając Maroko, począwszy od Marrakeszu i gwarnego placu Jemaa el-Fna, przez przełęcz Tizi n’Tichka w Atlasie Wysokim, słynny ksar Ajt Bin Haddu, wąwozy Dades i Todra, a kończąc na przejażdżce wielbłądami po piaszczystych wydmach Erg Chebbi i nocy spędzonej pod rozgwieżdżonym niebem na piaskach Sahary.

Write A Comment

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!