Krywań to jeden z najwyższych tatrzańskich szczytów wznoszący się na wysokość 2495 m, znajduje się na skraju grani Tatr Wysokich. Jego wierzchołek wypiętrza się ponad Dolinę Koprową na 1350 m, od Trzech Źródeł dzieli go różnica ok. 1400 m. Jego skalne ściany osiągają wysokość dochodzącą nawet do 500 m. Patrząc na te dane można od razu domniemywać, że szczyt ten znajduje się na liście szczytów tworzących Koronę Tatr. Pomimo to na wierzchołek tego tatrzańskiego kolosa można dostać się bardzo łatwo dzięki wytyczonemu szlakowi.
Już wcześniej umówiliśmy się z moimi rodzicami, że na tę górę wybierzemy się wspólnie. Mieliśmy z nią małe porachunki do wyrównania, ponieważ dwa lata wcześniej tuż przed szczytem musieliśmy zawrócić. Powód, jak na czerwcową porę, nieco zaskakujący, ale przegoniła nas wtedy śnieżyca, która spowodowała, że górne partie drogi stały się zbyt śliskie i niebezpieczne.

Tym razem miało pójść gładko. Prognozy pogody zapowiadały piękny, słoneczny lipcowy weekend. Docieramy na parking pod Trzema Źródłami. Nie zwlekając za wiele ruszamy w drogę. Plan działania zakładał, że na szczyt wejdziemy od pd.-zach. strony, a zejdziemy Pawłowym Grzbietem i wrócimy tatrzańską magistralą do Trzech Studni. Pomimo wczesnej pory wyjścia słońce mocno już przygrzewa. Krople potu spływają mi z czoła i zalewają oczy. Każdy idzie swoim tempem napawając się otaczającym krajobrazem. Na szlaku panuje całkiem spory ruch, wszak Krywań to dla Słowaków góra niemalże święta. Znajduje się on w ich hymnie narodowym, na słowackich eurocentach, a także był w godle Słowackiej Republiki Socjalistycznej.

Początkowa droga przez las, później przez kosówkę mija nam całkiem sprawnie. Przechodzimy nieopodal Wyżniej Przehyby i szybko dochodzimy do Wielkiego Żlebu opadającego spod wierzchołka Krywania. Tuż za Wielkim Żlebem zielony szlak łączy się z niebieskim, poprowadzonym południową granią, tzw. Grzbietem Pawłowa. Dalszą drogę na szczyt wskazują nam już znaki w kolorze niebieskim. Po pokonaniu kilku początkowych metrów po skałach wychodzimy na grzbiet grani, skąd podchodzimy pod niewyraźne wzniesienie Małego Krywania.

W tym momencie warto wspomnieć, że dawniej, mniej więcej od XV do końca XVIII wieku na zboczach Krywania wydobywano złoto oraz antymonit. Najwięcej sztolni znajdowało się na wysokości ok. 2030-2110 m, pomiędzy Krywańską Przełęczą, a Pawłowym Grzbietem. Co prawda były to śladowe ilości i wydobycia poprzestano, ale działalność górnicza w tym rejonie widoczna jest do dzisiaj. Można jeszcze dostrzec otwory kilku sztolni, hałdy urobku i platformę po dawnym domku górników (znajduje się tuż przy ścieżce wytyczonej niebieskim kolorem, poniżej skrzyżowania z zielonym szlakiem) (źródło: Zofia Radwańska-Paryska, Witold Henryk Paryski: „Wielka encyklopedia tatrzańska”).

Z racji tego, że jesteśmy już na znacznej wysokości, Mały Krywań znajduje się 2334 m n.p.m., przed nami rozpościera się coraz rozleglejsza panorama. Do szczytu pozostał już tylko niewielki odcinek drogi. Szybko pokonujemy ostatni fragment grani i z uśmiechami na ustach meldujemy się na wierzchołku Krywania, 2495 m n.p.m. Kolejny klejnot w Koronie Tatr zdobyty. Odnajdujemy sobie trochę miejsca na szczycie i rozkładamy się tam na jakiś czas. Jest pięknie 🙂

Z samego szczytu roztaczają się wspaniałe widoki. Dzięki swojemu położeniu możliwa jest obserwacja zarówno Tatr Wysokich jak i Zachodnich. Nie sposób wymieniać teraz po kolei wszystkich widocznych stąd szczytów, bo jest ich całe mnóstwo. Poza tym z wierzchołka Krywania widać liczne pasma górskie otaczające Tatry takie jak Góry Choczańskie, Wielką i Małą Fatrę, Niżne Tatry, Beskidy oraz Pieniny, a także rozciągającą się u podnóża Kotlinę Liptowską.

Po krótkiej przerwie z żalem opuszczamy szczyt i rozpoczynamy zejście. Droga w dół przebiega nieśpiesznie ze względu na małe kontuzje, których w czasie wejścia nabawił się tata i Ela. Mimo drobnych problemów postanawiamy schodzić okrężną drogą przez Grzbiet Pawłowa do tatrzańskiej magistrali. Gdy tylko wyszliśmy na Pawłową Polanę naszym oczom ukazały się czarne chmury rozciągające się nad Spiszem. Co jakiś czas w powietrzu rozlega się grzmot. Na szczęście po kilkunastu minutach pogoda zaczyna się poprawiać, a błyski i grzmoty jak szybko przyszły tak szybko sobie poszły. Możemy spokojnie kontynuować swoją wędrówkę. Ostatnie spojrzenia w stronę Krywania i chowamy się w lesie.

Dochodzimy do czerwonego szlaku, którym poprowadzona jest tatrzańska magistrala. Na skrzyżowaniu szlaków robimy krótką przerwę i dajemy odsapnąć kontuzjowanym członkom załogi. Po kilku chwilkach, przegonieni przez komary ruszamy dalej. Mijamy malowniczo położony Jamski Staw. Gdyby nie fakt, że spieszyło nam się do domu zapewne posiedzielibyśmy tam trochę, bo miejsce jest bardzo urokliwe. Niewątpliwym atutem tego miejsca jest to, że znajduje się ono praktycznie na samym końcu tatrzańskiej magistrali więc nie ma tutaj zbyt wielu ludzi. Można w ciszy i spokoju posiedzieć na łonie przyrody i podziwiać górujący ponad wszystkim Krywań. Z nad stawu pozostała nam jeszcze godzina spokojnego marszu do samochodu, gdzie docieramy zadowoleni ze zdobycia kolejnego szczytu należącego na Korony Tatr.

Pogoda dopisała, towarzystwo najlepsze jakie mogłem sobie wymarzyć, czego chcieć więcej? Ano więcej takich wypadów 🙂
Bardzo się cieszę, że udało nam się w końcu wspólnie wybrać w góry. Mam nadzieję, że wkrótce znów razem ruszymy na tatrzańskie szlaki! 🙂

A na koniec trochę poezji i wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera o Krywaniu 🙂

Hej Krywaniu, Krywaniu
wysoki!

Płyną, lecą spod ciebie
potoki! –

Tak się leją moje łzy,
jak one,

hej łzy moje, łzy niezapłacone…
Hej Krywaniu, Krywaniu
wysoki!

Płyną, lecą nad tobą
obłoki –

Tak się toczy moja myśl,
jak one,

hej te myśli, te myśli stracone…
Hej Krywaniu, Krywaniu
wysoki!

Idzie od cię szum lasów
głęboki,

a mojemu idzie żal kochaniu –
hej Krywaniu, Krywaniu, Krywaniu!…

(K. Przerwa – Tetmajer, „Na Skalnym Podhalu”, Kraków 1955)

Write A Comment

Bądź na bieżąco i dołącz do nas na Facebook’u!